czwartek, 21 stycznia 2010

Jak przetrwać godzinę w świetlicy i dlaczego nie dam złotówki na szkołe w Laskach...

Piątek. Szkoła. Odwożę codziennie dzieciaka do szkoły. Szkoła jest jedyna. Szkoła nie jest z wyboru.

Bo w Warszawie mamy TYLKO dwie szkoły dla niewidomych i niedowidzących. ALE nie mamy szkoły dla niewidomych i autystów - czyli dla dzieci, które nie potrafią się komunikować z otoczeniem i tej komunikacji powinna szkoła uczyć.

M. chodził do przedszkola w Laskach - ale Laski go WYRZUCIŁY - gdy miał zacząć pierwsza klasę.

Walczyliśmy w tych Laskach - codziennie słyszeliśmy, że mamy się wynosić bo M. ma katar.
Katar miał dlatego, że miał głowę zwieszona w dół (bo niewidomy nie ma potrzeby jej trzymać jak widzący człowiek w pionie  - ale trzeba go tego uczyć, bo wówczas chodzi jak kaczka - ma zachwiana równowagę). Dodatkowo M. nie potrafi wysmarkać nosa.  W związku z tym często mu zwisały gile z nosa, które wycierał sobie rękawami. Wg przedszkola nie można było takiego obsmarkanego dzieciaka pokazywać licznym wycieczkom (sponsorom).
A kolejnym wielkim problemem okazało się to, że M. nie może nauczyć się i powiedzieć wierszyka. Nie można chwalić się takim dzieckiem.

Najgorsze było również to, że BEZ naszej wiedzy siostry zaczęły załatwiać nam szkołę w Radomiu, która rzeczywiście jest szkołą, którą przyjmuje niewidomych autystów. Jak tam jest można sobie przeczytać na blogu: http://mamanaty.blog.pl. Poza tym ja się kategorycznie  nie zgadzam na rozłąkę z dzieckiem.  

Jak zaczęłam protestować, to dowiedziałam się, że mam oprócz tego możliwość zrezygnowania z pracy i siedzenia z dzieckiem w domu.
Śmieszne... mam siebie i dzieciaka unieszczęśliwiać... Ani nie jestem specjalistą, ani nie zastąpię mu kontaktu z rówieśnikami i ze światem.
A więc zostaliśmy zmuszeni do odejścia.
Na odchodne zapytałam siostry, czy mogłabym z M. przyjeżdżać odpłatnie na konie - bo mój dzieciak uwielbia na nich jeździć. Mielibyśmy blisko, a w W-wie w ogóle trudno jest się dostać na hipoterapie.  Usłyszałam, że konie są tylko dla wychowanków Ośrodka... Sorry...

Zostaliśmy więc z problemem znalezienia szkoły. Dzwoniłam do każdej szkoły publicznej. Objechałam wszystkie prywatne, gdzie są jakieś klasy integracyjne. Wszędzie słyszałam - NIE MA DLA TAKICH DZIECI MIEJSCA. A podobno jest obowiązek szkolny.


Ale cud się stał, bo jednocześnie z Lasek wyleciał jeszcze jeden dzieciak. W innej sytuacji, bo niewidomy i po chemii i z alergia pokarmową. Dyrektor w szkole zgodził się na próbę zorganizować klasę 2 osobowa.
Dziś jest 3 osobowa i niestety nie ma w niej żadnego mówiącego dzieciaka - znów izolacja, przechowalnia.... ale o tym kiedyś jeszcze napiszę...

Dzieciaki w tej klasie maja zajęcia kończące się maksymalnie o godzinie 14tej z minutami.
Dwie dziewczynki wyjeżdżają do domu dziecka transportem oferowanym przez "miasto" (chłopiec, który rozpoczął edukacje z M. przeszedł już do innej klasy).
Tak więc kierowca z opiekunka przyjeżdżają i rozwożą dzieciaki po rożnych miejscach w W-wie.
Przez pierwszy rok, zorganizowałam tak opiekę nad M., że szedł po lekcjach do świetlicy i około godziny 17 ktoś go odbierał - a to pani opiekunka a to babcia (pracująca wówczas jeszcze na cały etat).
Ale co w świetlicy robią dzieci? Odrabiają lekcje. Pani tylko pilnuje, żeby to w ciszy robiły.
Co mogła świetlica zaoferować M.? Nic.
M. siedział w kącie skulony wciskający oczy (dzieci niewidome wciskają ręce w oczy, żeby mieć doznania wzrokowe -  efekt mroczków - spróbujcie tak zrobić...) i kiwając się do tyłu i przodu.

Dość szybko zmieniłam zasady - znaleźliśmy 2 opiekunki, które na zmianę zaczęły odbierać go tuż po lekcjach  i zawozić do domu taksówką.

W tym roku niestety sytuacja o tyle sie zmieniła, że w piątki M. musi przetrwać godzinę w świetlicy w oczekiwaniu na opiekunkę. Opiekunka studiuje i w piatki poźniej kończy zajęcia.
Nie zaopiekowany autysta zazwyczaj zaczyna się irytować kiedy siedzi sobie spokojnie w kącie i nagle dzieci zaczną krzyczeć - bo zaczyna się np. przerwa. Ale też jest kompletnie niezauważalny - ani dzieci ani dorośli opiekunowie go na tej świetlicy nie widzą. Może się nawet zsikać i NIKT tego nie zauważy...

Udałam się do wszechwładnego dyrektora. On przyznał, że widzi, że mamy problem ze świetlicą.  Jedynym rozwiązaniem jakie znaleźliśmy było to, żeby pani, która jest asystentką wspomagająca w klasie pozostawała z M. przez tą godzinę w świetlicy. Każda klasa specjalna ma przydzieloną taka asystentkę, ktora pomaga dzieciom i wychowawczyni. A to ubrać, przebrać, nakarmić, zaprowadzić itp. Pani ta nie jest nauczycielka i obowiązuje ja normalny - 8 godzinny dzień pracy.

No i super. Zadowoliła mnie ta propozycja.

Chyba w drugi piątek, kiedy M. musiał zostać po lekcjach w świetlicy - już po jakis 5 minutach po zakończeniu regularnych lekcji dostałam sms. Proszę odebrać M. ze szkoły.

Jestem na ważnym spotkaniu. Nie mam możliwości wyjścia. Babcia jest w swojej pracy - potrzebuje poł godz.aby dotrzeć do szkoły, ale też nie bardzo może się wyrwać. Opiekunka ma wyłaczony telefon. Będzie dostępna dopiero za poł godziny i będzie jechała do szkoły.

Zaczynają się już nie sms ale telefony. Wychodzę w trakcie prezentacji oddzwonić. Nie jest to mile widziane. A pani mi mówi: - Musi pani odebrać synka ze szkoły, bo ma atak agresji! Mówię do niej, że może M.  jest głodny  (ma kanapki w plecaku), może chce do toalety... moze... moze... moze... i nagle słyszę w tle piękny śmiech swojego dziecka!

Ha! chciała wyjść wcześniej???????????????????????

Mam czasami wrażenie, że wszyscy wokoło - łącznie z nauczycielami uważają, że bycie rodzicem dzieciaka niepełnosprawnego zobowiązuje do tego, żeby zrezygnować z wszystkiego na rzecz dziecka.

Tylko.. wtedy też stajesz się niepełnosprawnym jak Twoje dziecko. Przestajesz normalnie funkcjonować w społeczeństwie. Zaczynasz miec postawę roszczeniową i narzekasz na cały świat.

Wiesz też dobrze, że bez kasy niewiele możesz zaoferować dziecku... Ty nie jesteś specjalistą. Ono potrzebuje wsparcia ludzi, którzy się znają na rehabilitacji, psychologii itp.
Bez pracy i odkładania kasy nie zagwarantujesz dziecku godnej przyszłości - gdy Ciebie już na tym świecie nie będzie.
Musisz lawirować, uprawiać politykę, kombinować, żeby pogodzić potrzeby dziecka, swoje z wymaganiami, oczekiwaniami i stereotypami świata zewnętrznego. A w tym wszystkim musisz działać zgodnie ze swoim sumieniem. Szkoda tylko, że tak często idziesz pod wiatr....

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz