niedziela, 17 stycznia 2010

Kolejna znieczulona popsuła nam początek weekendu

Na wstępie napiszę, że postanowiłam jednak dzielić się z Wami sytuacjami pokazującymi znieczulicę i kompletną głupotę polskich obywateli wobec niepełnosprawności. Nie po to, żeby się żalić, bo chyba mnie dość dobrze znacie i wiecie, że mam tzw. twarda d... - jak mówił mój tata i wierze w to, że sobie daję radę :) ale po to, żeby nieść tą wiedzę o niepełnosprawności i postępowaniu wobec niej dalej...

Jest sobotni poranek (8 rano). Nauczona 10letnim doświadczeniem wyciągam dzieciaka z łóżka i mówię, że jak chce iść na basen, to musimy zrobić to rano... Rozespany dzieciak, szybkie śniadanie - niewychowawcze - bo go karmie - a tego robić mi nie wolno...(nie uczę w takich sytuacjach M. samodzielności i cwaniak zaraz zacznie to wykorzystywać).
Codzienny schemat w odpowiedniej kolejności - bo jak założymy najpierw rajstopy zamiast bluzeczki to będzie wielka awantura i nie wyjdziemy z domu (wytrącanie ze schematu autysty to jest w jego przypadku poczucie zagrożenia i kończy się agresja).

Spieszymy się - wiec po schodach go prawie ściągam na siłę - co znów jest niewychowawcze, bo dzieciak niewidomy w każdym momencie musi trenować tzw. orientacje przestrzenna. Samochód nie chce zapalić... już się robi nieciekawie... bo jak wchodzi się do samochodu to trzeba natychmiast ruszyć...
Dojeżdżamy na basen. Okazuje się, ze zapomniałam legitymacji M. a proszę o bilet ulgowy. Pani patrzy na mnie jak na osobę próbująca oszukać i zapłacić mniej, bo zbyt szybko się wycofuje z prośby o ulgowy bilet.  Nie wchodzę w dyskusje - typu, niech pani popatrzy w jego oczy, przecież nic nie widza!, bo wiem, że jak postoje chwile dłużej przy kasie - znów będzie źle. Na razie ja sie źle czuję.

Wchodzimy... do damskiej przebieralni. Ja i mój prawie 11 letni syn. Bo oczywiście nie ma odrębnej szatni na tym basenie dla osób niepełnosprawnych. Z jakiegoś powodu zaczyna się denerwować. Nie wiem, mogę tylko zgadywać. Kiwanie głową na tak i nie czy użycie komunikatora w stresowych sytuacjach nie działa, zaczyna krzyczeć, walić głową w co popadnie... Mocna ściskam go, bo to może pomóc. Przy okazji mnie gryzie. Leca mi łzy bezsilności, ale czuję, że zaraz będzie dobrze. Że się wycisza.

I podchodzi do nas jakaś babka - około 30 lat. I pyta: - Jakim prawem pani przyprowadza chłopaka do szatni dla kobiet i do tego taki niewychowany, taki beznadziejny.

Mówię pani grzecznie, że mam niewidomego syna, który nie widzi czy pani jest nago czy nie. Jest autysta, który może się przestraszyć czegoś- co nieprzewidziane np. trzaśnięcia drzwiami i nie mogę wcześniej zareagować.

M. bardzo dobrze rozumie co się mówi - autyzm to choroba osób wrażliwych - lecą mu łzy z oczu... Przecież ta pani mówi o nim.


A pani odpowiada na moje słowa: -To trzeba tych idiotów nie przyprowadzać w miejsca publiczne... i mam w d... to co pani do mnie mówi.

Miałam dwa wyjścia: walnąć tą panią w pysk albo zabrać bardzo smutnego dzieciaka i wyjść - bo i tak z zabawy już nici - będzie się tu źle czuł.

Wyszliśmy - a raczej była to ucieczka.

M. siedzi od dwóch godzin w wannie...
Ale przecież to nie jest to samo... co chlapanie się i próbowanie pływania w głębokiej wodzie.

Znów odizolowałam go od społeczeństwa...

Spróbujemy jutro jeszcze raz...

P.S. M. w tym roku dopiero się przełamał i nie boi się głębokiej wody... to sukces, którego nie należy zaprzepaścić...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz