piątek, 21 maja 2010

Stróż prawa nie wie, że niepelnosprawny czlowiek to tez czlowiek

Dawno nie pisałam o problemach w życiu małego, niewidomego i autystycznego M.
Może dlatego, ze od kilku ładnych tygodni czułam, że jest stabilnie, a nawet lekko, i wszystko powoli idzie ku lepszemu...

Tylko kilka nieprzespanych nocy, kilka drobnych ataków, jakieś przeziębienie. Ale czas zdecydowanie z uśmiechem na buzi
 To co mnie najbardziej cieszy to M. coraz częściej i na dłużej (nawet kwadrans) skupia się na jakiejś czynności - np. na słuchaniu jak ktoś czyta książeczkę czy na uderzaniu łapkami w pianino....

A dziś...
Dzieci autystyczne maja to do siebie, ze wpadają w pewne schematy. Kiedy ktoś złamie ten schemat padają w szal i autoagresje. Tak też jest w przypadku M. Ale każde dziecko jest zupełnie inne...

W czwartki M. ma zajęcia grupowe w moim ulubionym Kleksie (kleks.edu.pl). Zajęcia polegają na tym, że grupa dzieci młodsze niz M. i gadające - wspólnie się bawią, śpiewają, ćwiczą a M. z pomocą opiekunki współuczestniczy na tyle ile może w tej zabawie.
Gdy M. usłyszy, że jedzie zaraz do Kleksa - na buzi pojawia się uśmiech od ucha do ucha. Początki nie były łatwe - ale po roku M. juz wie co go tam czeka - zna prowadzących i inne dzieci.
Zawozi go tam opiekunka a ja go po godzinie odbieram i zawożę do domu. Zazwyczaj bardzo się spieszymy, bo M. zaczyna być bardzo głodny. W czwartki nie ma czasu na spokojne zjedzenie podwieczorka po przyjściu ze szkoły i nie ma zbyt wiele czasu na odpoczynek, przed wyjściem do Kleksa.

Wracam zawsze ta sama droga. M. poznaje droge po zakrętach. Każda zmiana drogi kończy się awantura na pokładzie. Jeśli jadę dokładnie ta sama droga, skręcę w odpowiednia stronę, przejadę odpowiednio "śpiących" i dojadę w odpowiednim czasie do domu, grzecznie wychodzi z samochodu.

Zawsze musi grac w samochodzie jakaś płyta CD, bo jeśli gra radio - to tez może być awantura, w przypadku gdy M. zechce usłyszeć jeszcze raz ten sam, przed chwilą usłyszany utwór. Radia nie da się cofnąć.

Nie mogę odbierać głośnomówiącego telefonu, bo również grozi to awantura. Przestaje grac muzyka...

Wszystko musi być dokładnie tak samo - za każdym razem.

Ale dziś, tylko wyjechałam na główna drogę do domu - zatrzymała mnie policja.
Błyskawiczne pytanie w głowie - Dlaczego? Przecież jeżdżę bardzo ostrożnie - szczególnie z dzieciakiem. Na 100% nic nie przeskrobałam.
Policjant podchodzi do mojego okna i prosi o dokumenty do kontroli.
Wygląda na sympatycznego policjanta.
Prosi mnie, abym wyłączyła silnik. Ja jednak już czuje kopnięcia w siedzenia. Zatrzymałam się i z kimś rozmawiam i wyciszyłam muzykę.
Mówię panu, że jest mi przykro, ale nie mogę wyłączyć, gdyż skończy się to szaleństwem mojego dziecka.
A on się upiera. No to ja dalej mu tłumaczę, że M. jest niepełnosprawny i tak dalej. M. to słyszy i zaczyna się wkurza... Słyszę pierwsze uderzenie głową w szybę...i krzyk.

A "sympatyczny" stróż prawa do mnie puszcza tekst: - Niech pani uspokoi tego BACHORA!

Trzęsą mi się ręce. Przeciez na słowa z nim nie wygram. Wyciągam legitymacje niepełnosprawnego. - Niech pan zobaczy, ja nie kłamię! Niech pan popatrzy na jego oczy...!
Jeśli Pan chce mnie skontrolować, to zapraszam od siebie, do domu... tylko go zawieźmy do domu, jest głodny, zmęczony!

Nie mam siły nawet opisywać tego, co się działo w moim samochodzie. Nie wiem co mi przyszło do głowy. Nie wiem jak to zrobiłam. Wyrwałam policjantowi moje dokumenty z reki i odjechałam. Serce mi biło - ale myślałam sobie - najwyżej mnie będą ścigać. Nic się jednak nie stało.
Po powrocie do domu M. sie uspokoił. ten proces wyciszenia trwał z godzinę. Nakarmiłam go i połozyłam do łożka. Ma pogryzione ręce, rozwaloną wargę i sine ucho.
Zadzwoniłam na pobliską policje, żeby wyjaśnić dlaczego zwiałam (uprzedzając ewentualne mnie ściganie) i jednocześnie chciałam złożyć skargę. Choć w sumie nie bardzo wiedziałam  na kogo. Skargi przyjąć przez telefon nie chciano - a jak zaczęłam opowiadać o przeżytej sytuacji - chyba wyszłam na jakąś wariatkę. Totalne zignorowanie.

Ludzie niepełnosprawni są wśród nas i niczemu nie są winni... i my rodzice tez nie jesteśmy temu winni. Czasami tylko potrzebne jest większe zrozumienie. Trochę większa elastyczność. Razem da się funkcjonować. Dajcie nam w tym naszym nienormalnym świecie normalnie żyć.

P.S. Pan mi jeszcze walnął taki tekst, w tej rozmowie, żebym się nie awanturowała. Że powinnam być pokorna, skoro żyje z podatków i utrzymuje mnie Państwo.

G... prawda... Raczej to on żyje z moich podatków....