czwartek, 1 lipca 2010

Seksualność w mojej głowie i pierwszy dzien na wsi...

Poznawanie swojej seksualności każdy z nasz przeżył.

Ale cały czas mi się wydaje, że jest to jakiś temat tabu w szczególności wśród niepełnosprawnych.
Bo jeśli problem się pojawił, to dlaczego nikt nie dał mi żadnej rady na ten temat?
Ani panie ze szkoły, ani logopeda, ani psycholog, ani rehabilitantka...ani opiekunka jedna lub druga, które są po APS?

Bądź mądra i sobie radź. Albo inaczej, zrozum i znajdź rozwiązanie...dobre dla Twojego dziecka.
Pozwolę sobie zacytować tu drogą mi pani A. która napisała: "Nie wiem jak autyzm wpływa na seksualność, ale jeżeli nie ma reguły, że to przeradza się w jakąś mocno krępującą przypadłość w starszym wieku, to może po prostu samo przejdzie albo się unormuje na poziomie do zaakceptowania? "

Pewnie w tym jest dużo racji...  Ale dziś tym sobie głowy zaprzątać nie będę.

Dziś jesteśmy tu - na wsi... będziemy z dala od ciekawskich i próbować swoich sił na wzajem...
Jeśli M. będzie krzyczał, nikogo to nie powinno interesować... a ja będę te krzyki ignorować.

Będzie się gryzł i walił głową w drewniana podłogę - trudno... musi poczuć... nie będę go chronić.
W przypadku uderzania się M. jest taki problem, że nie ma poczucia głębokiego.  Mocno musi sie ugryźć, uderzyć żeby to poczuć, ale z taką sama siłą jak siebie - atakuje innych. Tylko, że ja i inni otaczający M. mamy w normie poczucie bólu.

Zabawne (bo nie będę przecież płakać), pamiętam kiedyś, jak poszłam do lekarza... i Pani doktor spytała mnie, czy jestem ofiarą przemocy w rodzinie, patrząc na moje posiniaczone nadgarstki i znamiona zębów na ramionach...
Powiedziałam, że w pewnym sensie tak, ale agresorem jest autyzm. Zamilkła.

...
Po przyjeździe M. zainteresował się nowym - choć w sumie już znanym miejscem. Eksplorował każdy kąt sprawdzając czy aby wszystko jest tak jak je zostawiliśmy parę tygodni temu.
Spokojnie więc mogłam się wypakować.

Przyczepiłam kota do smyczy. Wytrzepałam pościel. Zrobiłam kanapki - z pszennym chlebem (którego M. nie powinnam dawać - mało tego był to chleb na drożdżach - a tego musimy unikać)...
Wciągnął w 3 minutki - ale tym razem aby już się pozbyć długiego siedzenia - nakarmiłam go (kolejne przestępstwo!)

Siusiu, szybka toaleta... i dzieciak w łóżku...
O dziwo, nigdzie nie wychodził, grzecznie leżał...
Usiadłam na tarasie... patrzyłam na łysego... niebo bez chmur... miałam malutka małpke wina różowego...

Jak jestem sama z M. nie mogę pić alkoholu... bo musi zawsze być ktoś kto ewentualnie wsiądzie w samochód...

Ale tak siedząc poczułam, że znów jestem w miejscu - moim miejscu na ziemi - bez względu na to czy będzie łatwo czy trudno przetrwać te dni...
Poczułam się spokojna...
...
M. nie spał do 4 nad ranem. Zmiana miejsca - zawsze jest źle...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz