poniedziałek, 28 czerwca 2010

Upiór o imieniu "pakowanie"

Pakowanie...

Ciuchy, lekarstwa, zamówione jedzenie przez net jedzenie (bo nie chodzę po zakupy  do stacjonarnych sklepów), książki, stos zabawek - a raczej przyborów do pracy z M., notebook i papiery potrzebne do głosowania w wyborach (inne miejsce głosowania niż zamieszkania) i rachunki, bo zaraz pierwszy... i telewizor i dysk zewnętrzny i płyty... a na koniec KOT z kuwetą.

Tobołków od diabła i ciut, ale mogę się poczuć w miarę bezpiecznie... Mam wszystko albo prawie wszystko do przezycia.

I kolejny problem do rozwiązania - jak to wszystko znieść do samochodu, tak aby obyło się bez problemów. Nie będę przecież wszystkiego znosić w towarzystwie M.- trzymając go jednocześnie za rękę.  Muszę przy użyciu dwóch rąk znosić te toboły. Musze przynajmniej zrobić 5 kursów w dół i górę...
Zostawić go w domu? M. ostatnio interesuje się wszystkim co da się ściągnąć z nawet najwyższej półki... ale ściąga to i ktoś musi być pod ręką, aby mógł mu to coś oddać...
Jak kogoś nie ma, to bardzo szybko używa tej rzeczy do uderzenia się w głowę...

Dzieciak już wstał - bo ostatnio jak tylko się budzę, dzieciak natychmiast tez się budzi, bez względu na porę dnia - bez względu jak poźno poszedł spać.

Na szczęście posadzenie go przy stole z zupą mleczną na śniadanie i zezwolenie na bałagan generalny w na stole umożliwił mi  spakowanie sie w trybie ekspresowym. Kosztem co prawda jest sprzątanie kuchni - wszędzie płatki kukurydziane - ale pierwszy cel został osiągnięty.

Wsadziłam go do wanny...
Ostatnio poza samodzielnym jedzeniem - jest to metoda na chwilkę wytchnienia... tylko, że musi się ciągle lać woda.. (pójdę z torbami!).

Jest już dużym chłopcem, w wodzie jest prawie zawsze grzeczny, bo zdarza mu użyć prysznica do zalania sąsiadów lub robić fale wylewając wodę - równiez zalewając sąsiądów. Woda z fal jest jednak mniej niebezpieczna (dłużej trwa)  niż prysznic...:)

Jednak niebezpieczne jest to, że M. wymyślił sobie, że pobije wszelkie rekordy świata w najdłuższym nurkowaniu pod wodą. Zatrzymuje oddech i ma z tego niezły ubaw. Cieszy się jak dość długo mu się udaje wytrzymać... Za to ja tego nie wytrzymuje...

 No więc dzieciak został w wodzie. A ja muszę znieść toboły. Nie mam innej możliwości. Nie mam innej metody. Nieodpowiedzialna matka zostawia dziecko w wannie. Hm, ale czy rodzic 11-letniego, zdrowego dziecka tak by sie denerwował?

Serce mi biło jak oszalałe. Nie wiem ile mi to bieganie czasu - a raczej sekund zajęło.
Wrzucałam rzeczy na wariata do samochodu. Zapomniałam jednak o kocie i o tym, że musze zabezpieczyć odpowiednio siedzenia przed ewentualna kocią katastrofa...
Kot nie jeździ w transporterku - bo wówczas piszczy i wścieka to M. Wrzuciłam więc na siedzenia tylko koce... nie mam czasu... najwyżej je wyrzucę jak przesiąkną zapachem kota :(

No i wydawało się, że już po bólu...

Wydawało się, bo M. nie chciał wyjść z wanny... robiło się coraz później. Byłam świadoma tego, że jak szybko nie wyjedziemy, to zaraz zrobi się głodny. A całe żarcie jest już w samochodzie - i nie wiem gdzie i co wrzuciłam.

Walczyłam z dzieckiem...płacz, gryzienie, rzucanie wszystkim co popadnie a ja słaba, bo gorączka...tłumaczenie nie pomagało...

Halo? Ale to nie on rządzi tylko ja... musimy natychmiast znaleźć się w samochodzie.

Siłą go ubrałam, siłą go właściwie zniosłam do samochodu. Jestem cała poobijana i pogryziona.

Wsadziłam go do samochodu i nagle zrobiła się cisza... Sam się zmęczył podczas tej walki. Włączyłam Sade i poleciałam na górę po kota.

Jedziemy...

Niech Anioły nade mną czuwają...
Czuje się zmęczona...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz