czwartek, 29 lipca 2010

Państwowa służba zdrowia i głupi świstek



M. wyjeżdża na obóz rehabilitacyjny z babcia i przyszywanym dziadkiem.
W ramach podziału obowiązków w okresie wakacyjnym, moja mama bierze urlop po to aby pojechać z M. na obóz, a nie po to żeby sobie odpocząć... To już ich wspólny trzeci wyjazd na obóz organizowany przez Kleksa, a czwarty w ogóle.

Na obozie między innymi będą zajęcia z hipoterapii. To są zajęcia, które najbardziej M. lubi.
Siedzi na koniach uśmiechnięty, wyprostowany, z głowa do góry.  Jako dziecko niewidzące - zazwyczaj ma postawę kulącą się w sobie i cały czas musimy mu powtarzać:  głowa do góry M., podnieś głowę!

W związku z tym, że tak go ta jazda na konikach uszczęśliwia - wykupiłam dodatkowe godziny zajęć na konikach, tak, ze codziennie (bez weekendu) będzie miał jazdy :)

Ale... jak zwykle zaczęły się schody. Trzeba mieć świstek od lekarza pierwszego kontaktu, że nie ma przeciwwskazań na jazdę na koniku.
Od lat M. jeździ na tych konikach - choćby w Laskach - i nie jest to jazda wyczynowa tylko hipoterapia, gdzie dzieciak się przytula do konia, głaszcze go, usypia często na nim - i jest cały czas pod opieką rehabilitanta... Ale ok, chcą -  to załatwię. I organizator ma się czuć bezpiecznie i my również.

Załatwianie trwało tydzień. I podobno to i tak tempo błyskawiczne.

Firma, w której pracuje,  oferuje pracownikom bardzo dobra opiekę medyczna w jednym z lepszych lecznic prywatnych w W-wie. Otrzymanie kwitka nie było problemem. Zadzwoniłam. Umówiłam się. Pojechałam bez dziecka. Powiedziałam o co chodzi. Pokazałam książeczkę zdrowia M., jego rożne wyniki badań - w tym neurologiczne i dostałam zgodę na jazdę na koniach.

Świetnie! Tylko że ten świstek nie może być od  "prywatnego" lekarza. Miał być od lekarza pierwszego kontaktu.  Widocznie podejrzenie może być takie, że można dać kasę prywatnemu lekarzowi i sobie kwitek załatwić. Jakoś w to wątpię - bo zbyt duze ryzyko - może przeciez cos się stać i ten lekarz od kwitka mogłby miec nie lada kłopoty. Rzeczywiście czasami dzieci z jakiegoś powodu nie powinny jeżdzić na koniach.

Ok, załatwię ten kwitek, Moja wina, nie doczytałam, albo doczytałam, tylko nie zrozumiałam...

Drugie podejście... służba zdrowia - państwowa.

Wpadłam do swojej przychodni, w której mam jakaś tam deklaracje, ze chce do niej należeć, jakiegoś tam lekarza, byłam tylko raz z M. na bilansie. Wcześniej mieszkałam w innej dzielnicy gdzie podlegałam pod inna przychodnię. Kiedy zdarza się, że M. jest chory nigdy nie chodzę z nim po przychodniach - bo inne dzieci mogą go doprowadzić do szału, nie podoba mu się zapach, czas oczekiwania itp.  Mamy zaprzyjaźnionego lekarza, który o każdej porze dnia i nocy może do nas podjechać i zbadać oczywiście odpłatnie M. Zna M. od 9 lat - więc bardzo dobrze zna i jego historię chorób, jego reakcje. A M. go lubi. A co jest też istotne - mieszka dwa przystanki od nas. Dlatego też, nie bywamy w "naszej" przychodni.

Było ok. godz.19. W okienku proszę o umówienie mnie na najbliższy termin z lekarką pierwszego kontaktu.

Dowiedziałam się, że:
  • wybrana przeze mnie lekarka pierwszego kontaktu już tu nie pracuje
  • aby umówić się na wizytę, należy o godz. 7:30 zadzwonić do przychodni w celu otrzymania numerka. Ale jest sezon urlopowy. I jest mało lekarzy a dużo dzieci chorych. Ja nie mam "nowej" jeszcze pani doktor pierwszego kontaktu i ta pani, która ewentualnie może nią zostać (bo ma najmniejszą ilość dzieci pod opieką) może mnie nie przyjąć
No to ja grzecznie poprosiłam o deklarację lekarza pierwszego kontaktu - bo po co mam się zastanawiać czy ta pani doktor mi pasuje - jak tylko ta może nią zostać - i jedna sprawę będziemy mieli z głowy.
No to dostałam Bogu ducha winna opiep****.  Zagrzmiała pani z rejestracji: - Czy pani nie widzi, ze za godzinę kończymy prace. Muszę wykonac duzo papierkowej roboty! Prosze przyjść jutro!

Zagryzłam zęby - choć byłam bliska eksplozji. Pomyślałam sobie, ze jak zacznę robić Rejtana, to będę miała problem np. z zdobyciem numerka. Trafie pewnie na jakąś czarna listę.

Wiec podziękowałam pani za "pomoc" i grzecznie wyszłam.

M. nie spał całą noc... obudziłam się o 8. Zadzwoniłam... było za późno....

Następnego ranka udało mi się dodzwonić i znów problem - tym razem z godziną przyjęć.
Pani doktor przyjmuje w godzinach 15-19. Ma ma pani nr 3. Proszę być przed 16-tą.  Ale ja pracuje :( Nie mogłam tego dnia się wyrwać tak wcześnie. Dyskusji z panią nie było - bo ona wydaje numerki po kolei. Ok, zrezygnowałam z numerka i zadzwoniłam za 5 minut. I dostałam numerek na 18tą..

Byłam o 18:05 a w korytarzu przede mną siedzą  "niższe numerki". Po cholerę jechałam jak wariatka z pracy????? Dodatkowo mam stres, bo opiekunce powiedziałam, że będę troche później, a z trochę zrobiła się aż godzina.

Weszłam do gabinetu. A tam pani niewiele starsza ode mnie. Trzymałąm w garści cała teczke dokumentów M. - ktora była pomocna w przychodni prywatnej.
Wytłumaczyłam pani z jakim problemem przyszłam. Nie dała mi dokończyć i powiedziała, że ona nie zna dziecka i nic mi nie wypisze. Jedno badanie u niej to za mało. Dokumentacja tez się nawet nie zainteresowała.
Dla świętego spokoju powiedziałam, że dobrze, jeśli to pomoże, to zaraz przyjdę z synem.
A ona odpowiedziała na to, że to nie będzie wystarczające. Ona nie wypisze i powinnam się zgłosić po kwitek lekarza, pod którego stała opieką jest M.

Ale jak to stałą? Wyciągnełam dokumenty z Kleksa i pokazałam, że było napisane, że wymagany jest kwit od lekarza pierwszego kontaktu. Błagałam..

Zapytała mnie jeszcze gdzie mój syn był leczony "państwowo" przez pierwsze lata swojego zycia. Zapytałam ja na to, co to ma do rzeczy. Leczony byl u roznych specjalistow, glownie prywatnie, pod opieka CZD, pod opieka psychologow, psychiatrow.... A wyniki badań miałam ze sobą - jak i zaswiadczenia i orzeczenia. Przypomnialo mi sie wtedy, ze na orzeczeniu z TOP mam napisane, ze sugeruja opieke hipoterapeutyczna. Podłozyłam tej pani pod nos... i nic... Podłozyłam też ten uzyskany świstek od lekarza prywatnego i nic...

ONA GO NIE ZNA, JEDNO BADANIE TO ZA MAŁO.

Niech pani jedzie do poprzedniej przychodni do poprzedniego lekarza pierwszego kontaktu - powiedziała.
Nie mialam sily, wyszłam bez awantury. Nawet szefa przychodni nie było. Nic bym nie wskórała.


Dotarłam do domu przez godz.20, w związku z tym zadzwoniłam do poprzedniej przychodni. I ten sam schemat - proszę zadzwonić rano po numerek. Poprosiłam panią, żeby sprawdziła czy jest karta mojego syna - bo pamiętam, że informowano mnie kiedyś, że jak zmienie przychodnie, to dokumentacja przejdzie do tej nowej. Ale nie - nie dowiedziałam się...

Rano zadzwoniłam.  Nie mamy takiego dziecka - usłyszałam. Powiedziałam o co mi chodzi, i bardzo miła pani postarała się. Poszła do archiwum i zaprosiła mnie, żebym przyjechała i że wejdę bez kolejki - do pani doktor - choć lekarz, ktory był naszym lekarzem pierwszego kontaktu - już nie pracuje.

Wieczorem dotarłąm do przychodni. W kolejce nikogo nie ma (?). Weszłam do gabinetu i usłyszałam dokładnie ten sam tekst. Nie znam dziecka. Nie wypiszę. Nie wiem czy nie ma żadnych przeciwskazań. Zapytałam: - Jakie moga byc przeciwskazania?
Ortopedyczne albo alergia.
Wyciagnęłam więc zaświadczenie od ortopedy. Brak wad postawy. Osłabienie górnej części kręgosłupa. Wskazane ćwiczenia, pilnowanie prostej postawy, głowa w górze - bla, bla, bla. Nie nosić w trakcie SI kamizelki obciązającej. Sugerowana hipoterapia :))))))))

Alergia - brak wyników badań  -  nie można przeprowadzić tesktów skórnych - ruchliwość dziecka uniemożliwia testy. Wskazane jednak unikanie białka i glutenu ze wzgledu na autyzm (to się wprowadza obecnie do terapii autyzmu).


Pani sie przyglądała - a ja na to zapytałam, jakie sa jeszcze przeciwskazania? Czy to wystarcza?
Nie odpowiedziała...
Nie wiedziała?

Sranie w banie - jak się nie zna przeciwwskazań, to jakie badania pani chciała przeprowadzić?
Informacje na ten temat możesz znaleźć tu:
Wskazania-i-przeciwwskazania-do-stosowania-hipoterapii

Pomyślałam sobie - to moja ostatni szansa na załatwienie zgody na hipoterapie.
Niewiele mi trzeba w takich sytuacjach na doprowadzenie sie do płaczu. Taka bezsilność. I rozbeczałąm się. Tak - powiedziałam - w tym kraju to dzieciom niepełnosprawnym to nawet lekarze nie pozwalają na normalne życie. Mieliście pomagać! Wypadła mi teczka z papierami. Chlipałam i zbierałam.
Ulegla... podpisała kwit... z adnotacja "zajęcia pod opieka matki" - co prawda matki na obozie nie bedzie... ale bedzie matka matki :)

No i jak to wszystko podsumować?

Zostawię to bez komentarza...

Czuje się znów podle...



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz