środa, 8 września 2010

Ciężki początek nowego roku szkolnego


Czasami zastanawiam, po co mam pisać, jak znów będę się użalać.
Ale życie bez kolców jest nieprawdziwe, a przecież chodziło mi o pokazanie prawdy innym ludziom, Chciałabym, żeby poczuli i zrozumieli świat rodzin autystów. Żeby zaakceptowali to, że autyści są wśród nich.   

Mam doła, mam dość, chciałabym uciec, chociaż przez dzień nie bać się, nie myśleć...

Cholernie trudne jest przestawienie się ze schematu wakacyjnego do schematu szkolnego... Dziwne, a może nie powinno być dziwne, że odwrotne przestawianie się jest dużo przyjemniejsze i kończy się tylko nieprzespanymi nocami...

Teraz mam horror...

Noce nie przespane... ale na 9:00 trzeba dotrzeć do szkoły. Ale jak M. ma wstać jak usypia o 5-6 rano. Ja zresztą też. Ale sobie radzę -  zaciskam zęby, tona tapety i wpadając w wir pracy zapominam o nieprzespanej nocy, a wręcz praca dobrze mi robi... takie moje małe zapomnienie...

Pobudka - ale nie ma szans ani na siusiu, ani na umycie się, ani na samodzielne ubieranie, ani na zjedzenie śniadania... Złość, płacz, gryzienie siebie i na koniec coś z czym sobie nie daje rady - siadanie na ziemi. Nie mam siły M. zmusic do stania. Jak mam takiego 11letniego chłopa zmusic do stania... JAK? Szarpanie się, siłowanie, płakanie, pocenie i bezsilność.

Wycwaniłam się i wynoszę najpierw rzeczy do samochodu. Następnie trzymając M. w pasie, wierzgającego nogami znoszę do samochodu... ROBIĘ to na bosaka... bo żadne buty nie daja mi stabilności... A ten wrzask w korytarzu - pobudka dla sąsiadów... Powinnam się wynieść w jakieś ustronne miejsce, bez żywego ducha w około...

Wciskam go do samochodu i przynajmniej przez poł godziny samochodzie mam spokoj i chwilę odpoczynku. M. przysypia w trakcie jazdy do szkoły.

Szkoła. Znow siłowanie się i walka. I w trakcie wychodzenia z samochodu i w trakcie przebierania i w trakcie targania go do klasy. Na szczęście klasa jest na parterze a nie na piętrach.
Jak go juz dociągnę do klasy i oddam w ręce pani wychowawczyni - dzieciak sie nagle zmienia nie do poznania. Czuje respekt przed panią wychowawczynią. Póki ma z nią lekcje jest ok. A później?

Wczoraj ugryzł panią od korekty.
Dziś i wczoraj zsikał się w szkole - chyba ze złości.
Dziś uderzał głowa w ścianę, aż dostał leki uspakajające.

I to ja mam rozwiązać te problemy - nie szkoła.
Szkoła umywa ręce.

A po zajęciach - aniołek (nie ma jeszcze dodatkowych zajęć). Bez problemu spędza czas z opiekunka.

Za to jak mama wróci z pracy zaczyna się sajgon. Jestem niedobra, wrdena, zostawiłam go... Nie wiem jaki jest powód ataku.

Dziś  jestem poobijana, pogryziona, mam wyrwany paznokieć i ryczę z bezsilności.
Nie umiem sobie z tym poradzić. Zjadając łzy błagam go żeby przestał. 
Co innego mogę robić?
Wierzę, że jeszcze tylko przed nami parę takich złych dni.

W takie dni - tak ciężko myśleć o przyszłości z uśmiechem na ustach.

Jeśli dziś ledwo sobie daję rade z 11-latkiem, to jak dam sobie rade z 18-latkiem czy dorosłym mężczyzną?

Ale to wszystko w życiu sie układa. Bardzo chciałam - ale nie dane mi było spróbować być rodziną towarzyszącą dla dziecka z domu dziecka. Bałam się urodzić 2 dziecko. Ale wierzyłam, że mogę dać siebie niekoniecznie tylko rodzonemu dzieciakowi. Ale dziś widzę, że dobrze sie stało. Przeciez rzeczywiście nie mogę nikogo obciążać takimi złymi emocjami.
Pora wreszcie zaakceptować, że moje życie nie jest i nie będzie takie jakie sobie wymarzyłam.
Ale przynajmniej mam w swoim życiu cel

Dziekuje Bogu, za to że mam takiego syna, który daje mi tyle radości a z drugiej strony uczy mnie pokory i zrozumienia cierpienia innych.
Dziekuje za to, że mam prace, która pozwala mi się spełniać w innej roli i nie muszę martwić się wikt i opierunek. Moge również dzieki pracy dbac o rozwoj swojego dziecka.
I za tak wiele innych rzeczy mogę dziękować...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz