sobota, 25 września 2010

Są rzeczy, któych kupić nie można


To był koszmarny tydzień. Na szczęście się skończył.
Kosztował mnie zbyt dużo nerwów.
I to nerwów nie tylko o M., ale także nerwów o pracę.
O pracę bo musiałam zawalić służbowe sprawy. Czuje się fatalnie. Od lat nie zdarzały się dni, że musiałam coś - a raczej brak czegoś - usprawiedliwiać chorobą dziecka.
I sprawy domowe i służbowe godziłam. Dawałam radę. Wszystko cykało jak w zegarku, a teraz...

Niewielkie (głupi malusi katarek), prawie niezauważalne, kompletnie nie wpływające na samopoczucie syna - przeziębienie - przewróciło poukładaną codzienność do góry nogami.

Myślałam, że dzieciak "przejdzie" ten drobiazg w szkole - ale szkoła powiedziała "no way". W sumie słuszna decyzja.
Dodatkowo zaczęły się bezsenne noce. Być może spowodowane bliskością nocy z pełnią w tle.

Te noce to koszmar. Już wielokrotnie już o tym pisałam. Pernamentny stan matki niemowlaka. Tylko, że niemowlak obudzi Cię płaczem. A M. po cichu pojawi się w kuchni i będzie próbował odkręcić gaz (na szczęście jest odpowiednie zabezpieczenie). Albo pojawi się w łazience i odkręci prysznic.
Aby mieć jego wypady pod kontrolą - musisz z nim spać w jednym łóżku.
No ale ze zmęczenia jednak usypiasz. Nie da się ciągle czuwać. I nagle budzi Cię walenie w ścianę. To M. wali głową w ścianę - bo nie może pójść tam gdzie chce. Musi ze mną być w łóżku.
I tak do 6 rano... A Ty rano musisz iść do pracy. Jak długo można to znosić?

M. dostaje melatoninę. Ze względu na brak widzenia. Stosują ja inni niewidomi dość często.  Ale melatonina nie pomaga w obecnym przypadku. Problemem jest cukier.  Cukier w syropie przeciw gorączce. Cukier - powoduje u autysty często pobudzenie.

Funckjonować z niedosypianiem jakoś dam radę. Tysiąc kaw i sie da.
Jednak niedosypianie to mały pikuś. M. nie chodzi do szkoły. Muszę mieć dla niego opiekę w ciągu dnia. Muszę, dlatego, że nie wezmę ani zwolnienia ani urlopu - gdyż mam okres budżetowania w pracy. Jak dla mnie ważna jest praca już pisałam. Nie mogę zawieść.

Mam dwie opiekunki i mamę i jakoś można było takim niespodziewanym sytuacjom sprostać.Ale, jedna właśnie wyjechała na swoje wrześniowe wakacje (pomagała nam w M. wakacje) i wróci dopiero w październiku na studia a druga niestety w ciągu dnia pracuje w szkole państwowej - więc nie może rano się M. zajmować. Moja mama niestety nie ma już urlopu.
Ale w zeszłym, tygodniu pojawiła się opiekunka - która zajmowała się z doskoku M.  Zadzwoniła, że wróciła z zagranicy. Na kilka tygodni. I że, jest chętna do pomocy - jakbym chciała iść np. do kina.

Hurra, pomyślałam i zadzwoniłam do niej. Umówiłyśmy się na następny poranek. Jednak, gdy już byłam gotowa do wyjścia i czekałam na jej przybycie - otrzymałam sms. "Jestem chora, nie mogę przyjść".
A ja zaraz wybuchnę. Miałam mieć w południe ważne spotkanie. Zorganizowane już dawno temu. Prezentacja dla zagranicznych gości.
Kurde! Zadzwoniłam do szkoły i jęcząc - ubłagałam, żeby M. mógł pójść tego dnia do szkoły.

Spokojna, przygotowywałam się do spotkania - i nagle na wyświetlaczu mojego telefonu ukazał się numer przychodzący - "Szkoła2". Informacja krótka - awantura - gryzie - wali głową w ziemię - odebrać dziecko natychmiast.

Na ratunek przyszła babcia. Urwała się w porozumieniu z przełożonym z pracy. Zapewniając, że odrobi ten czas.  Jak przyszła po M. okazało się, że dzieciak był całkiem spokojny - tylko niemiłosiernie głodny.
Nie wiem o co chodziło. Gdy następnego dnia próbowałam się dowiedzieć, to wyglądało na to, że nie mam o co się dowiadywać, bo przecież przyjęli chorego dzieciaka. Powinnam być wdzięczna a nie awanturować się.

Następnego dnia wzięłam urlop. I znów na kolejny dzień umówiłam się z opiekunką. I ta sama historia - w momencie, gdy już miałam wychodzić - odwołała  spotkanie via sms.
Zadzwoniłam do pracy Dostałam zgodę na pracę z domu do czasu przyjścia "stałej" opiekunki. Odwołałam spotkania. Ech...

Nawet wściekać się na tą laskę-co-robi-łaskę nie mogłam. Nie mam ani na nią kija - ani nawet marchewki. Przekupić tez się nie da. Stawki są tak wywindowane, że i tak na chleb ledwo starczy jak tak dalej pójdzie.
A w ogóle przecież ich tak niewiele "na rynku". Kupić się opieki na pniu nie da.

Jestem wściekła na siebie. Nie dałam tym razem rady. Poczułam się źle, że musiałam tłumaczyć się w pracy.  Musiałam prosić o pomoc swoją mamę - i tez narobic trochę zamieszania w jej pracy.

Nie znoszę jak nie umiem sobie sama poradzić. A na dodatek czuje się dzis taką zgrzybiałą, przytłoczoną przez zycie staruszką.
halo?  dziś MARUDZENIU mówię już stop...
jutro idę na wesele :) i będzie wesoło :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz