wtorek, 26 października 2010

Nieprzewidziane niebezpieczeństwo

Wczorajszy wieczór był dla mnie kolejna lekcja.
Nauczyłam się, że nie mogę sobie pozwolić na chwilę nieuwagi.
Wiedziałam o tym, jednak wczoraj okazałam się bardzo nieroztropną osobą. Naraziłam na niebezpieczeństwo swoje dziecko.

Był niedzielny wieczór. Jak co tydzien wybraliśmy się z M. do mojej mamy.
Był ciepły jesienny wieczór. Po sytym maminym obiedzie, kawie, deserze ogarnęło mnie totalne lenistwo.
Usiadłam sobie na kanapie, słuchając po raz kolejny tej samej opowieści. Zrobiłam się senna.

W pewnym momencie M. zrobił sie marudny. Zaczął wchodzić nam na głowę. Pomyślałam sobie, że to pewnie dlatego, że się objadł i pewnie go coś "goni" do toalety.
Trochę tez miałam go juz dosyc - a jak człowiek senny - to najchętniej "pozbyłby" się kłopotu.
Zaprowadziłam go do łazienki. Powiedziałam, że jest dużym chłopakiem i ma zrobić sam kupę.

Aby wyjaśnić sytuację - M. gdyby nikt go nie zmuszałby - to nie załatwiałby swoich potrzeb. Zdarza mu się zlać w sytuacjach stresowych - np. w szkole. W innych sytuacjach po prostu trzyma i trzyma. Potrafi nie załatwiać się przez cały dzień. Kupę przenosił np. na ostatnim obozie rehabilitacyjnym przez tydzień. Na szczęście nie ma to "jeszcze" żadnych konsekwencji zdrowotnych, ale cały czas trzeba go pilnować i motywować. Motywacja są np. moczopędne herbatki, lewatywy, czopki. Ale staram się tych pomocy unikać.


Zostawiłam go. Wróciłam do swojego lenistwa i pogawedki z mamą.
I nagle usłyszałyśmy donośny śmiech. Pomyślałam sobie, że jeśli poprawił mu się humor, to niech się smyk dalej cieszy. A może zrobił to o co go poprosiłam. jeśli tak, to muszę go pochwalić.

Ruszyłam cztery litery i zobaczyłam M. z cała umazaną buzia na fioletowo. Umazanym siusiakiem na fioletowo. A w rękach miał kostkę toaletową (która zwykle jest zawieszona w sedesie).

Serce mi stanęło...
Wpadłam w panikę. Krzyczałam i na niego i darłam się do mamy.
Zerwałam go z tego kibla. Rzuciłam się do umywalki. Szorowałam buzie, myłam wnętrze jamy ustnej. Gadałam bez sensu: - Co Ty zrobiłeś? Sto razy mówiłam Ci, że nie wszystko jest do jedzenia!
Głupoty gadałam - przecież wiem, że dziecko niewidome wszystko poznaje językiem!

Mama krzyczała tez spanikowana: - On musi zwymiotować!
No to usiłowałam mu wsadzić łyżkę do buzi. Ale się wyrywał. I mogłam mu wsadzić tą łyzke do oka. No to użyłam palca - zostałam ugryziona. Nic to nie dało.
Mama stanowczo powiedziała, że trzeba jechać do szpitala. 
Ale ja zaczęłam się zastanawiać, czy on to jadł. Czy może tylko polizał i tylko sobie rozsmarował.
Przecież te środki są okropne w smaku. Tak jak mydło. Widziałam wielokrotnie, że jak dostał do rak mydło, to je liznął i drugi raz nie próbował za to rozsmarowywał je po całym ciele i buzi. takie coś śliskiego na twarzy sprawia mu przyjemność.  No ale z drugiej strony ja tej kostki nie próbowałam. No to spróbowałam - a fuj.
Mama na to, że czytała gdzieś, że w takich wypadkach trzeba dziecko nawodnić. Dać mu coś do zjedzenia. Ochronić przewód pokarmowy. 

Spytałam dość agresywnie ja, gdzie to przeczytała, chyba w jakimś tabloidzie. I co to za głupoty.
Mama na to, że przeciez chce dobrze, żebym jej raz w życiu zaufała.

Łzy leciały. Serce biło jak oszalałe.
Zatrułam dziecko!!!!
A moja mama spokojnie zaczęła wciskać mu czekoladki. Z chęcią je jadł.  Do tego dwa kubki herbaty - łyżeczka po łyżeczce...
M. tez był w szoku. Chyba nie rozumiał co się dzieje, dlaczego obie tak wariujemy.
On nie powie czy coś zjadł. Nie pokaże, że go cos boli.

Mama powtarzała, żebym się wreszcie uspokoiła. Że w ten sposób nie pomogę dziecku. Że przecież nic się nie stało. Że on na pewno nic nie połknął.

Szybko zapakowałam M. do samochodu. Wróciłam do domu, żeby być bliżej lekarzy.
A M. mi się zaczął pokładać. ON zaczął się pokładać. Ten co ma problemy z zasypianiem.
Ja znów w panice. Może to reakcja na to świństwo? No ale rozsądek powrócił. Przecież M. spędził cały dzień na świeżym powietrzu. Przecież ta nasza panika tez mogła go zmęczyć.

Poszłam z nim spać, ale nie mogłam usnąć przez cała noc - mimo wziętych persenów. Nasłuchiwałam jego oddechu.
Czułam, że nic się nie stało i nic złego się nie stanie.
Ale nei mogłam zrozumieć, dlaczego tak się nieodpowiedzialnie zachowałam - naraziłam dziecko na niebezpieczeństwo.
Kolejnym pytaniem jakie sobie zadawałam - to dlaczego pozwoliłam na to, żeby po swojemu "ratować" jego zdrowie - a nie wezwałam natychmiast pogotowia. Mogłam więcej szkody takim działaniem uczynić. Nigdy w takim przypadku nie wolno tak działać jak ja! Najpierw kontakt z pogotowiem.

Na szczęście nic złego się nie stało.

M. jest zdrowy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz