piątek, 15 października 2010

Wypadki - to będzie nasza codzienność?

Przeczucia mnie nigdy nie myliły.
Stało się.
Zostałam pierwszy raz zrzucona ze schodów przez własne dziecko.

Od kilku dni się wysypiam. Zgodnie z zaleceniami psycho - ja śpię - M. niekoniecznie.
Prawdopodobnie jednak w szkole nie wysłuchano mojej prośby. I M. sobie odsypia.
M. dziś usnął o 7 rano. Dziś Dzień Nauczyciela. Kolejny dzień w  szkole - kiedy nic nie jest normalnie. Sama świadomość tego, że nie będzie normalnie powoduje we mnie stany lękowe.

Jak co dzień rano spieszyłam się. Mogłabym wstawać ciut wcześniej, byłoby trochę mnie wariatkowa. Złe emocje trzeba eliminować!
Wyciągnęłam na siłę dzieciaka z łóżka. Zły był. Już w łazience wściekłość spowodowała, że ani nie udało się załatwić potrzeb fizjologicznych ani umyć zębów. Żadnego jedzenia. I codzienna walka z ubieraniem. W samochodzie jednak się uspokoił - i zasnął.
Do szkoły dotarliśmy spóźnieni - na drugą lekcję.
Okazało się, że z okazji Dnia Nauczyciela połączono klasy. Nie rozumiem takich decyzji. Ale nie pora była na jakieś pytania. Dodatkowo okazało się, że połaczone klasy mają zajęcia na II pietrze - a nie tam, gdzie M. ma swoja klasę - na parterze. Co to oznacza - że zaburze schemat. M. po wejściu do szkoły był codziennie prowadzony (bez rozbierania) do swojej klasy na parterze - a tu nagle zmiana.
Już pisałam o tym, że zaburzenie schematu - to poczucie zagrożenia autysty.

M. na półpiętrze zorientował się, że coś nie jest tak jak zwykle i zaczął szaleć.  Nie zdążyliśmy dotrzeć na I piętro. M. mocno mnie pociągnął.To pociągniecie polega na tym, że wychyla się do tyłu ciągnąć opiekuna za rękę.  Jedna ręką trzymałam M. a w drugiej trzymałam jego kurtkę i plecak. Przeczucia poranne chyba  spowodowały to, że założyłam wyjątkowo cichobiegi zamiast butów na obcasie.
Pociągnął mnie ale sam się zachwiał. Jego dłoń mi się wyślizgnęła z ręki i zaczął lecieć.
Puściłam wszystko i odwracając się zaczęłam łapać M. Trzymając go w objęciach zjechałam w dół na półpiętro półdupkiem. Myślałam, że pogruchotałam sobie kręgosłup. A M. mi się nadal wyrywał. Puściłam go, bo byliśmy już bezpieczni. Jednak nie mogłam wstać. Zleciały się panie sprzątające. Krzyczały, żebym się nie ruszała. A M. zaczął walić głowa w ścianę.
Chyba szok mi pomógł. Podniosłam się. Przygarnęłam dzieciaka do serca i się wyciszył. Pani wychowawczyni zawołana przez innych przejęła ode mnie syna.

Wróciłam do domu. Taksówką. W szoku. W przerażeniu. Z biegającym w kółko pytaniem w głowie - Co teraz będzie? Jak sobie poradzę z tym "wielkim' i "silnym" facetem?
Nie wiem...
Trzeba znaleźć sposób. Muszę znaleźć sposób na M.

P.S. Oczywiście do lekarza nie pojechałam. Jestem obolała i mam wielka śliwę na tyłku i plecach. Nic mi nie będzie. Do pracy nie poszłam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz