sobota, 28 maja 2011

40 lat minęło

Nie spodziewałam się tego, że przyjdzie taki dzien - taki dzień urodzin, kiedy usiądę i będę podsumowywać moje dotychczasowe życie.
Dzień, kiedy dotrze do mnie, że już za mną kilka takich spraw, których załatwić się nie da a przede mną wyzwania, o które Pana Boga wcale nie prosiłam.
I dzień, kiedy potwierdzę sama sobie to, że trudno jest mi powiedzieć, że jestem szczęśliwa.
Nigdy nie mów nigdy. Banalne.Tak jak nigdy nie planuj, bo z Twoich planów Stwórca się nabija.

Dawno temu myślałam, że mój dom będzie taki jak mój dom rodzinny. Będzie taki ciepły, taki prawdziwie ciepły. Z rodzinnymi sobotnio-niedzielnymi obiadkami. Z wypadami w sobotę do jednej babci, w niedzielę do drugiej babci. Z wołaniem do biegających dzieci wokół stołu - "dzieci! obiad!"
Z tymi mądrymi rozmowami przy stole – o życiu, o wszystkim!

Planowałam, że będę miała przynajmniej dwójkę fajnych "potworów" - które przynosić będą jak inne dzieci i troski i radości i będą siłą napędową dla nas.

Wierzyłam, że znajdę pracę - która będzie dla mnie ważnym elementem w życiu ale jednocześnie dawać mi będzie satysfakcje i motywować mnie do stałego rozwoju.

Założyłam też, że moim celem w życiu nie będzie to aby "mieć" i nie dam się wkręcić w wyścig szczurów po pieniadze.

Moja ówczesna sytuacja dawała mi poczucie, że nigdy ale to nigdy nie będę musiała wpakować się w jakieś mieszkaniowe kredyty.  

Marzyłam, że mimo codziennych obowiązków znajdę czas na malowanie, śpiewanie, pisanie, haftowanie.

Byłam pewna, że zawsze będę dla ludzi i ludzie będą dla mnie – bo ludzi mi do szczęścia potrzeba - zwierze społeczne ze mnie jest.

Nie myślałam o tym, że z wiekiem będę mieć mniej energii i siły i, że fizyczność moja może się zmienić.

I chyba wierzyłam w nieśmiertelność moich rodziców, którzy zawsze byli przy mnie i zawsze kiedy sobie odpuszczałam motywowali mnie, doradzali  i dawali kopa w cztery litery gdy trzeba było.

A najważniejsze w tym wszystkim było to, że wierzyłam, że będę z kimś, kto będzie mnie kochał, i kogo ja będę kochać. Z nim będę dzielić radości i troski, i że oboje będziemy się wspierać i polegać na sobie przechodząc wspólną drogę życia.

Wtedy świat stał przede mną otworem i życie czekało na to, żeby czerpać je garściami.

40 lat minęło, jak z bicza trzasł.

Jeszcze rok temu byłam pełna nadziei i wiary.

A dziś co mam…
  • mieszkanie z kredytem - bo uległam i wyprowadziłam się w celu unikania konfliktów rodzinno-małżeńskich z mieszkania czynszowego
  • w mieszkaniu stół mam tylko w kuchni
  • kuchnia to moje miejsce – bo reszta mieszkania to świat artysty i świat autysty
  • obiady - w domu je tylko M. - w kuchni - a rodzinnie obiadowanie jest tylko u babci
  • tylko z jedną babcia utrzymujemy kontakt, bo druga nie bardzo chce miec kontakt z niepełnosprawnym wnukiem
  • zaraz po urodzeniu M. bałam się urodzić kolejne dziecko. Jak zmieniłam zdanie, to druga połówka nie chciała. Adopcja tez nie wchodzi w rachubę - nie z mojej winy. A dziś nawet o dziecku staram się nie myśleć - choć czuje się niespełniona. Jest to największy mój życiowy błąd. Zresztą już chyba jestem trochę za stara.
  • duża część znajomych "opuściła" mnie - chyba boją się zarazić niepełnosprawnością
  • odkąd jesteśmy na terapii - nie odwiedzają "pozostali" znajomi
  • wychodzenie z domu - imprezki, teatr, kino – w czasie terapii trudno - wiadomo jak M. reaguje ale i jest to dość duży koszt - koszt opieki w tym czasie nad synem.
  • nie mam czasu rozwijać swoich „hobby” – muszę być tu i teraz z M.  – a na dodatek żyjąc pod jednym dachem z artystą jest się narażonym na wieczną krytykę - np. podśpiewując pod nosem.
  • tata - kiedy go najbardziej potrzebowałam – odszedł – został zabrany w zaświaty. Nie umiem się pożegnać i pozwolić na to, żeby odszedł. Na szczęście jest mama.
  • praca - boję się o pracę - codziennie boje się, że coś się stanie - i ja stracę. Sprawia mi ogromna ilość radości i satysfakcji – mimo nerwów i trudnych sytuacji. Te małe sukcesy są bardzo cenne dla mnie. Praca daje mi poczucie bezpieczeństwa.
  • w nawiązaniu do pracy - boję się o pieniądze. Jestem jedyna żywicielką i tylko ja utrzymuję "rodzinę". Artysta nie zarabia. Jak zostanę bez kasy – to ani mieszkania, ani samochodu, ani jedzenia, ani terapii, ani zajęć, ani pomocy rehabilitacyjnych, ani możliwości zawożenia dzieciaka do szkoły. NIC. I nie pisze tu o jakis ekstrawagancjach - bo jak masz dziecko niepełnosprawne to zapomnij o swoich "szaleństwach", "wycieczkach", "przyjemnościach".
  • A mam jeszcze na szczęście swoje małe miejsce na świecie - swoją chatkę na kurzej stopce - gdzie będąc  z M. zapominam o wszystkich troskach.Ale wracając do pracy - mogę tam jeździć jeśli jest praca i kasa :(
  • moje zdrowie – eee tam, marudzić nie będę - poza newralgią, która mnie nęka z jakieś drobiazgi staram się nie zauważać. A, że zrobiłam się ostatnio kluska - phi - drobiazg kolejny. Komu mam się podobać? Zmęczenie - nie mogę być zmęczona. Zajmuję się przecież od 12 lat wiecznym niemowlakiem.
  •  I mimo tak ogromnego wsparcia znajomych – które doceniam i się cieszę, mimo tego, że zawsze mogę liczyć na mamę i brata z rodziną - to mam poczucie, że jestem sama z tym całym bałaganem.
I dziś w te urodziny obiecuję sobie, że przez kolejne lata nie dam się złamać i poddać.
Celem moim jest to, żeby M. był szczęśliwy. I kiedy jeszcze będę żyć i kiedy mnie juz zabraknie.
Moje ego musi się schować w najmniej dostępnym kąciku.

Wypijcie za to dziś kielicha :)))))

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz