środa, 25 maja 2011

Koniec drugiego tygodnia terapii

Stuknęły nam dwa tygodnie terapii. A właściwie "przygrywki" do tej właściwej terapii.

Wydawało mi się, że M. zaakceptował terapeutkę. Cisza i spokój w domu naszym, w szkole zero problemów.  Nawet uczestniczył bez żadnych zgrzytów w dwóch szkolnych wycieczkach przez te ostatnie tygodnie.

Od wczoraj terapeutka miała już odbierać M. ze szkoły i przywozić go taksówką do domu. Przez te dwa tygodnie wyglądało to tak, że tata M. spotykał się z terapeutką w szkole i wspólnie odbierali M. ze szkoły - wracając samochodem.  Ona to tylko obserwowała.
Wczoraj miało już być odwrotnie. Tata M. miał być tym nieaktywnym. Coś poszło nie tak... Może to problem z taksówką? Myślę jednak, że chodziło o sama zmianę. To nie tata - tylko terapeutka go odbierała.

To potwierdza cała teorie o życiu w schemacie. To potwierdza cała teorie o tym, że wszystko musi być dokładnie zawsze tak samo - łącznie z osobami uczestniczącymi w tym systemie.
Jeśli gdzieś coś się wyłamie, wypadnie z tego procesu - robi się bardzo źle. 

Źle też było w sobotę. Miałam iść na wesele. O godzinie 16 zaplanowałam wyjście z domu, aby zdążyć na ślub pod Warszawą. Od rana zaczęłam się spieszyć.
M. wstał jak zwykle w sobotę dość wcześnie. Awanturować się zaczął tuż po śniadaniu.
Najpierw M. chciał trochę dłużej posiedzieć przy stole z mną.  A ja miałam ustalony czas na każda czynność w przygotowaniach. Więc zignorowałam jego potrzebę.

Chciałam ładnie wyglądać wśród ludzi :)

Rzuciłam się więc w wir pracy. Zaczęłam prasować. Pod deską do prasowania pojawił się M. Musiałam trochę z nim powalczyć. To niebezpieczna zabawa - siedzenie pod deską w trakcie prasowania i wkładanie do buzi przewodu elektrycznego od żelazka. Ale on chciał sie bawić i już. Zniechęcona oddałam mu wyłączone żelazko do zabawy.
W południe zamiast zabrać się za obiad sobotni - po prostu zamówiłam jedzenie z roomservice.
O 13 nie wyszliśmy na spacer, bo zajęłam się swoimi włosami, paznokciami.
O godz. 14:45 miała przyjść do mnie pani makijażystka.
Zaciągnęłam go na siłę do wanny - mimo, że M. jest zawsze gotowy do zabawy w wodzie. Chciałam mieć chwile spokoju.

Przeliczyłam się. Najpierw ze złością wylewał wodę z wanny. Następnie - gdy chciałam go wyciągnąć - zaczął walić głowa we wszystko w co się dało uderzyć. Wyrywał się. Gryzł. Ugryzł mnie w dekolt. Na szczęście udało mi się "tatuaż" ukryć później pod szalem.

Pomyślałam, że zaraz oszaleje, że odwołam, że nie pójdę, że mam dosyć, że znowu wszystko muszę robić i walczyć sama. Żal do całego świata. Naprawdę byłam bliska poddania się...
Na szczęście opiekunka (jedna z tych co przed terapią zajmowała się moim synem) myślała racjonalnie za mnie i przyszła wcześniej.
Zwykle na takie jej pomysły się wkurzałam (bo płacę za godzinę opieki). Tym razem mnie uratowała.

Jeszcze w trakcie malowania i ubierania się słyszałam dokazywanie chłopaka. Ale to był problem opiekunki - nie mój. Bardzo martwiłam sie wychodząc z domu jak opiekunka przezyje cała noc.
Czy przypadkiem nie będę musiała wroćic wcześniej.
A ona wysłała zaraz sms - że M. tuż po moim wyjściu uspokoił się.
Udało im się też spokojnie przetrwać noc.

Niedziela nie była szczególna, bo M. jakgdyby chciał mnie ukarać za to, że wyszłam poprzedniego dnia z domu i mnie z nim nie było. Ale jakoś daliśmy radę.

Podobnie było wczoraj, gdy awanturującego syna przywieźli do domu terapeutka i tata M.
Po wyjściu taty z domu M. stał się nagle aniołem.
Można wnioskować z tego, że przed opiekunami - a nie rodzicami - chłopak czuje respekt.
Gdy ktoś z nas byłby w domu wraz z terapeutami - terapia nie będzie miała sensu. Albo M. będzie się "odwoływał" do łagodnej mamy jeśli będzie mu trudno - albo będzie do mnie lgnął ignorując w ogóle terapeutkę. W tym sensie, że mama ma psi obowiązek synem sie zajmować - i on tego żąda. 

Ciekawa jestem jak terapeutce dziś poszło. Telefon milczy - więc chyba jest dobrze...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz