sobota, 30 lipca 2011

Muzyczny wpis - Czas nas uczy pogody :)

Czas mnie uczy pogody i pokory - codziennie... nieustannie...

Dobrej nocy...





sobota, 16 lipca 2011

Melodyzowanie

Kiedy M. był malutki - jeszcze nim został dotknięty autyzmem - musiał więc mieć mniej niż 1,5 roku potrafił bezbłędnie zanucić hymn Polski. Gdy cokolwiek usłyszał - w radio, w domu, na ulicy natychmiast to nucił nie myląc ani nutki po pierwszym usłyszeniu.
Ta umiejętność zniknęła nagle z chwilą pojawienia się autyzmu.

Uwielbia dźwiękowe zabawki. Inne mogłyby nie istnieć. Zazwyczaj przykłada je do ucha.

Gdy jedziemy samochodem, to musi być włączona muzyka. Zazwyczaj puszczam mu CD - bo gdy spodoba mu się jakiś kawałek - a nie mogę go jeszcze raz puścić - może być afera na maksa.

Podobnie jest w domu. cały czas coś musi grać. Ale to coś to nie tylko muzyka akurat. Może być tez TV.

Dziś M. obudził się koło godz. 6 (SYSTEM DZIAŁA!).
Ja jednak potrzebowałam trochę więcej snu. Chciałam odespać te poprzednie noce. No chociaż poleżeć do tej 7:30.
Jednak M. sie strasznie kręcił i wychodził z łóżka.
Zaczęłam mu śpiewać. Nie chciało mi się iść nawet po zabawkę.
Śpiewałam wszystko co przychodziło mi do głowy. Za każdym razem, kiedy powtarzałam drugi raz  melodię -  M. mi wtórował bezbłędnie. Ale z przesunięciem. Tak jak śpiewa się "Pana Jana" :)
Jak fałszowałam - śmiał się do łez...
.
Pomyślałam sobie: Eee już mu to kiedyś śpiewałam. Zapamietał.

A przy obiedzie leciał program Laskowik&Malicki w TV.
 M. śpiewał z telewizornią :)

Może otwiera się dzieciak na swój talent????

piątek, 15 lipca 2011

Pierwszy wakacyjny sukces

Minęły cztery dni mojego urlopu. Dziś jest czwartek.
Pierwszy wielki sukces zaliczony.
Pierwszy raz M. usnął beze mnie. Mam nadzieję, że prześpi tez całą noc beze mnie.


Do dziś ten urlop to był jakiś obłęd. Moim zadaniem na urlopie zgodnie z ustaleniami z terapeutami miało być doprowadzenie do sytuacji, że M. zacznie sam usypiać.
Trzymałam się wytycznych: " how to do it?"
Ale jak na razie synek był twardzielem i spał 2-3 godziny na dobę. Ja również. Niestety między nami jest taka różnica - że on młodziak regeneruje się szybko a ja nie.

A od samego rana - jedzenie - basen - jedzenie - basen - jedzenie - basen - jedzenie - basen.
A i zdarza się co jakiś czas awantura - bo mama nie przygotowała jedzenia na odpowiedni czas.
W porównaniu z zeszłym rokiem jednak M. jest bardziej samodzielny w basenie. Nie
potrzebuje mnie w trakcie całej zabawy. Nie złości się jak wychodzę.
W związku z tym przygotowuje jedzenie do nastawienia do gotowania na stoliku tuż obok basenu - obieram, kroję, mieszam, myję, stukam itp.
Następnie zanoszę to wszystko na kuchenkę i krążę pomiędzy basenem i domkiem. A właściwie biegam. Niestety nie mam widoku z okna kuchni na basen. Ale przez te parę dni doszłam do wprawy - i awantur M. z powodu "brakujedzenianaczas" :) jest mniej.
ale jakoś zaczeło to mi juz wprawnie działać... i jest mniej wrzasku :)

Agresja zdarzyła się jak była burza i jeden chłodniejszy dzień - gdy zabroniłam pójścia do basenu.
Wieczorami też było niefajnie - z tego samego powodu.  On chciał - a mu nie  było wolno. Przestałam już reagować i na samo gryzienie się i na krzyki i na walenie głową w podłogę (miękka sosna). Dziś już był spokój.

Ach, jeszcze wieczorami kolejnym powodem do niezadowolenia juniora było podlewanie ogródka. On uwielbia bawić się zraszaczem - a niestety wieczorem na to nie pozwalałam.
Dziś znów wyglądało na to, że do niego dotarło :)

Ostatnim czynnikiem wpływającym na złe samopoczucie mojego Skarba są dzieci. Było tak ciężko, że przez sam weekend naliczyłam się 10 śladów po zębach na swoim ciele. Ale sąsiedzi zanotowali problem i ich dzieci bawią się już pod drugiej stronie domu. A już miałam ich zamiar o pomoc błagać :)

M. nadal śpi, a ja jestem ledwo przytomna po ostatnich nocach i intensywnym życiu, więc niniejszym kończę i znikam.

Trzymajcie kciuki... za tą noc...

P.S. Jutro pełnia :(

wtorek, 12 lipca 2011

Wańka - wstańka


Terapeuta przygotowywał mnie w ubiegłym tygodniu przez trzy godziny do ciężkiego urlopu.

Dostałam zadania do zrealizowania z M. i szczegółowy plan dnia odczas tych dni wakacji.
Marzyłam o tym, ze się wreszcie wyśpie i dupa.
Mam codziennie dzieciaka budzić o 7:30 bez względu o której zaśnie. Dlaczego?

Moje główne zadanie to ustabilizowanie sytuacji M. ze snem.
Tak aby bez względnie na to z kim M. zostaje – codziennie grzecznie szedł spać – i przesypiał noc bez mamy – bez przysłowiowej ręki na swoim boku. Tak jak już wspominałam, M. jak tylko zdejmę z jego pleców rękę – budzi się i płacze – do czasu aż znów jej nie położę. Efekt jest taki, że sama jestem „połamana”, niewyspana, no i śpię w łóżku z dużym chłopakiem – co będzie jak będzie miał 17 lat?

No i problem jest również taki, że kiedy mnie nie ma – delegacja, wypad ze znajomymi…wówczas nie ma mojej ręki. Inna ręka się nie nadaje – rękę udaje czasami ciężka kołdra do integracji sensorycznej). Musi być mama. No i teraz mama musi sytuacje zdecydowanie poprawić – tak aby za dwa tygodnie dzieciak usypiał sam i przesypiał sam całą noc.

Najważniejszy jest harmonogram wieczorny.
O godzinie 19:30 mam dzieciaka wpuszczać do wanny na min.15 – max. 30 min
Jest to duży problem, bo w tej chwili M. potrafi siedzieć godzinę w wannie i mu mało. Na wsi - gdzie jesteśmy na urlopie jest tylko prysznic i podgrzewacz wody jest raczej krótkodystansowy. Nie da się długo siedzieć. Poza tym M. za prysznicem nie przepada.

W tym czasie mam przygotowywać kolacje.

Zaraz po wyjściu z wody – M. ma uczyć się siebie wycierać i ubierać się samodzielnie w piżamkę. raczej nie powinno to sprawiać dużego problemu. Oczywiście może być niezadowolony – bo na siłę mama wyciągnie go z wody, ale da się to przeżyć.

Następnie mam go poprowadzić na kolacje (mówiąc mu, że sam ma dotrzeć do kuchni – lub na wsi na taras – uczy się rozpoznawania miejsc).

Kolacja trwa dość długo – bo musi jeść samodzielnie – oczywiście zwleka oczekując, że ktoś się ulituje i mu da jeść do dzioba (bo przecież mnie głodnego nie położą do łóżka – oj synku mylisz się, nie jestem Twoją babcią).

Około godz. 21. Siusiu. Mycie samodzielne zębów – co od kilku tygodni idzie coraz lepiej.

I idziemy do łóżka. Razem. I mam czytać M. książkę – znów min. 15 – max 30 min. Jeśli mnie nie ma albo kogoś to znuży (choć mam nadzieje, że nie) -  będzie mógł puścić jakiegoś audiobooka. Ja lubię mu czytać, bo przez to poznaje świat – ma do tego głównie słuch – a nie wzrok. Poza tym nie czytam bajek – tylko książki dla dzieciaków w jego wieku. Przypominam: autysta to człowiek rozumny, inteligentny, nadwrażliwy, często obdarzony niezwykłymi talentami... i tylko ta jego nadwrażliwość układu nerwowego powoduje, że zamyka się w sobie...
Na koniec czytania – mam powiedzieć, że to pora na spanie i wyjść (bez ociągania).

Mam przychodzić do niego nie częściej niż co 20 min. – nawet jeśli wstanie i zacznie się bawić - mam czekać. Gdy przyjdę -  mam powiedzieć mu, że pora na spanie a nie na zabawę i zostać z nim max 5 min. – mogę się przytulić… i tak bez końca aż zaśnie. Wańka – wstańka. Nawet jak późno uśnie – mam go obudzić o 7:30… Nie wolno mu pozwolić też na podsypianie w ciągu dnia

No i jak jest? W sobotę - zaraz po przyjeździe - zrobiliśmy sobie dzień dziecka – nie stosowaliśmy się do programu.

Wczoraj (niedziela) był pierwszy dzień próby. M. nie zmrużył oka nocą. Dziś (poniedziałek) była beznadziejna pogoda. Nie zgodziłam się na wyjście do basenu. Bardzo, bardzo miał zły humor.  Jest już wieczór -  mimo, że widzę, że M. pada na pysk ciągle nie śpi.
A ja "chodzę po ścianach".  I kursuje w górę i na dół po schodach - bo sypialnia jest na pietrze (przynajmniej zrzucę parę kg :P)

Damy radę… Musimy dać radę. Będę twarda :)

Spaaaaaaaaaaaać mi się chce!

poniedziałek, 4 lipca 2011

Przedurlopowe marudzenie

Za tydzień zaczynam urlop.
Dopiero za tydzień.
A ja sobie zaczynam wyrywać włosy z głowy.
 
Dla jednych urlop to wypoczynek – dla mnie ciężka psychiczna i fizyczna praca.

Dwa tygodnie sam na sam – ja i M. – i to na wsi – z dala od "cywilizacji". Około 30 km od większego miasteczka – 80 km od miasta wojewódzkiego.

Robię sobie długą listę rzeczy, które muszę na te dwa najbliższe tygodnie zabrać:
  •   jedzenie, kosmetyki, artykuły toaletowe - na wsi jest niby jakiś GS - ale po pierwsze muszę podjechać samochodem - a dzieciaka nie da się zabrać do sklepu. Awantura murowana. Zostawiać go w samochodzie raczej nie planuje. Beznadziejnie nieodpowiedzialne.
  • leki, leki, leki - nic M. takiego ważnego nie przyjmuje - ale coś na wszelki wypadek potrzebne.
  • zabawki, książki, przybory terapeutyczne,  cd z bajkami - i wszystko to co spowoduje, że dzieciak w czasie deszczu nie będzie się nudził. Nie ma tam wanny - nie mam "koła ratunkowego".
     
  • ciuchy - wiadomo - ale to nie problem, bo jest w czym prać i ew. suszyć nad kominkiem czy piecykiem elektrycznym. W tym przypadku nadmiaru nie potrzebujemy :). jak będzie zimno będziemy się jakoś sprzęciorem podgrzewać.
  • komputer - muszę byc w kontakcie z pracą, TV - wiadomo :)
  • kot  - co w podróży stanowi problem - bo nie da się uwięzić i chodzi po całym samochodzie. A na miejscu rządzi się jak pan na włościach - ale czasami trzeba go szukać.
Inaczej mówiąc -  znów samochód będę miała upchany po sufit. I już czuje ten ciężar noszonych gratów z góry na dół. Aaaa...

Poza tym: pytania, pytania, pytania.
Jak ja sobie poradzę z realizacją programu terapii? Nie chcę się zajechać. Chciałabym też złapać oddech.
Ale też muszę zadbać o swoją schedę.
Może uda mi się wstawać przed M., żeby posiać jakiś kwiatek, uciąć jakąś gałązkę, pomalować lakierem szafkę…

Jak sobie sama poradzę? Ale to głupie -  przecież ciągle jestem sama!

Ale po tym słabym roku szkolnym, po tych wszystkich wprowadzanych zmianach, będąc w nowej terapii, z coraz silniejszym chłopakiem -  pierwszy raz aż tak bardzo obawiam się wyjazdu.

Będzie jak ma być...
Dobranoc.