poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Godzenie się z przeszłością - cz.1

Od momenty urodzenia M. nauczyłam się wypierać z pamięci wszystko co było w życiu niedobre, złe, co bolało.

Niestety jest to pewnego rodzaju ucieczka – która nie pozwala tak naprawdę wyciągać wniosków i korzystać z tych trudnych doświadczeń w teraźniejszości ani przyszłości.

Inaczej można powiedzieć, że nie żyję się w prawdziwym świecie - tylko we własnym wyimaginowanym – bo życie ludzkie składa się i z dobrych i złych historii.

Wydawało mi się, że tak po prostu tak będzie łatwiej. Nic bardziej mylnego. 
Podczas terapii M. i w trakcie racy z psychologami zaakceptowałam to, że jest pora na przypomnienie sobie wszystkiego, na przeanalizowanie, przeżycie jeszcze raz wszystkiego od początku.Aby wyciągnąć wnioski, zrozumieć siebie i pójść dalej.
Nie mogę się sama dalej oszukiwać. Muszę odnaleźć wspomnienia.
A z tym będzie problem.
Nie pamiętam faktów z życia M. do mniej więcej 6 roku jego życia. Nie mam w domu nawet jego zdjęć z pierwszych miesięcy walki o życie.
Zastanawiam się dziś czy wyparcie tego okresu to nie jednak oznaka jakiejś demencji albo innego czorta :))) hihihihi...

Uciekłam więc na swoją wieś, żeby rozpocząć proces przywracania pamięci. uciekłam tu, gdzie najlepiej się czuję. Uciekłam, żeby nikt nie widział moich emocji.uciekłam, żeby po rozliczać się z przeszłością i zacząć "normalniej" żyć.

Gdy zaczęłam te porozrzucane, pozacierane wspomnienia spisywać, jednocześnie zadałam sobie pytanie , czy jest sens tym trudnym etapem w moim życiu się dzielić.
Obnażyć się. Kto wie co z takiego obnażania może wyniknąć.
Ale to jestem ja. Nie przebierany manekin. Jeśli boję się pokazać co przeżyłam - to kim jestem?
Przecież ani nie uczyniłam nic złego, nie mam czego się wstydzić. Eliminuje kłamstwo wokoło mnie, eliminuje każdego dnia. Nie jestem w stanie funkcjonować z ludźmi, którzy kłamią. A człowiek bez pokazywania emocji - sam w sobie jest kłamstwem. Wiec muszę dać świadectwo.

Poza tym warto się obnażyć, po to aby  pokazać ludziom w trakcie takich przejść – że te problemy nie dotyczą tylko ich, że inni to już przeszli, że to nie kara boska, że świat się nie skończy.

Trzeba iść dalej – ocierając łzy –  iść do przodu słuchając przede wszystkim swojej intuicji – a nie tego co ludzie wokoło paplają.

I trzeba wierzyć, jakby nie wiem jak się im walił ten doczesny świat – zawsze jest nadzieja!


Zacznijmy więc od początku.

Ciąża i poród – jest najpiękniejszym doświadczeniem kobiety.

Pamiętam, że kiedy dowiedziałam się – a właściwie poczułam, że jestem w ciąży (pewnego dnia obudziłam się i ja – nałogowa palaczka rzuciłam fajki – przestały mi „smakować”) – z jednej strony byłam przerażona  – z drugiej skakałam z radości. Ha, przerażona byłam nie z powodów egzystencjalnych np. jak sobie damy radę, tylko z bardzo egoistycznych przyczyn – jak to? Nie będę imprezować? Nie będę miała czasu dla znajomych? Musze się ustatkować? Na szczęście te głupie pytania w trakcie następnych dniach zanikały. Coś się kończy - coś się zaczyna. Albo na wszystko jest swój czas. Nie jestem na tym świecie po to, żeby wiecznie się bawić.
Pamiętam tez – jak w pierwszej kolejności zadzwoniłam do brata. Wydaje mi się, ze go tak zatkało, że chyba w ogóle nie porozmawialiśmy.

Tata M. wymusił na mnie natychmiastowe zrezygnowania z pracy. Nałożył embargo na komputer.
O jak ja się na to wkurzałam. I w ogóle nie wiem jak to się stało, że się temu poddałam (no nie w 100% ). Akurat sytuacja była taka, ze mogliśmy sobie na to pozwolić.
Nagle stałam się królową. Nie musiałam o nic prosić – wszystko się samo pojawiało, robiło. Najważniejsze było zdrowie dzieciaka. Wszystko było idealnie… do początku 26 tygodnia ciąży.

To były święta Wielkanocne. W niedzielę mieli do nas przyjść dziadkowie na późny obiad. Pierwsze wspólne wiosenne święta. Nie sprzątałam, nie szalałam w kuchni. Wszystko na luzie.

W połowie obiadu zaczęłam czuć się jakbym przeobrażała się w balonik, który ma zamiar zaraz pęknąć.  Oczywiście nie powiedziałam nikomu słowa. Siedziałam markotna. Zorientowali się, że coś nie tak… Kiedy zaczęłam opędzać się od stroskanych bliskich – poczułam, że chyba zaczynam mieć gorączkę. Wszyscy jak jeden mąż myśleli, że może coś mi zaszkodziło. Że może powinnam napić się mięty – ale czy wolno?
Telefon do przyjaciela – ginekologa. Informacja zwrotna od niego – będę miał dziś dyżur – już jadę – natychmiast przyjeżdżaj do szpitala.

Nic nie miałam spakowanego – bo kto w tym czasie myślał o porodzie. Ja nawet nie myślałam jeszcze o szkole rodzenia!

Dotarliśmy do szpitala koło  godziny 19. Oczywiście opierałam się przed szpitalem. Nic mi nie będzie!

Na izbie przyjęć nagle zostałam sama. Zabrali mnie. Kazali oddać komórkę. Rodzinę odesłali do domu. Bogu dziękuje, że miałam przynajmniej przyjaciela przy sobie.

Po tych mierzeniach, ważeniach, pobieraniu pomiarów miednicy, ktg, usg i innych dziwnych testach – usłyszałam: – zaczęła się akcja porodowa (podobno sączyły się wody płodowe) – musimy jej zapobiec. Dziecko jest zdrowe, ale musimy ustabilizować Twój stan – nie wiemy skąd ta gorączka (no na badania krwi jakoś długo musieli czekać).

Przyjaciel załatwił mi jedynkę, podali mi kroplówki i kazali się nie ruszać. Nawet do WC. Kaczka.

Leżałam gapiąc się w sufit i wsłuchując się w ktg. Jak ja się bardzo bałam o dziecko. Jak ja się wtedy żarliwie modliłam. Jak czułam się osamotniona w tym wszystkim.

Na szczęście siostra – która jest pielęgniarką w innym szpitalu – została łaskawie wpuszczona na chwilę i powiedziała parę uspokajających słów. Ale ja potrzebowałam kogoś, kto potrzyma mnie za rękę.

Był przyjaciel – ale miał sporo roboty z innymi mami. Oddział położny to jak fabryka….

Nad ranem w poniedziałek -jakby wszystko się unormowało. Zrozumiałam wtedy  co to znaczy umierać z nudów. To chyba była największa kara. Poprosiłam o cokolwiek do czytania. Nie dostałam. Przez cały dzień wymyślałam bajki dla dzieci albo układałam wiersze aby czymkolwiek byle nie myśleniem o niebezpieczeństwie zaprzątać sobie głowę.

I kiedy zasnęłam wieczorem – uspokojona, że przetrwałam dzień i akcja porodowa ustała  – coś mi się przyśniło niedobrego. Niestety moje sny są bardzo realistyczne i potrafię z krzykiem się obudzić. I tak stało się tym razem.  Obudziłam się nagle nad ranem we wtorek. Byłam cała roztrzęsiona – bo w gorączce… i wówczas poczułam te sączące się wody. Nacisnęłam przycisk alarmowy.

Zrobiło się gorąco. Biegali wokół mnie. Coś się działo. Mojego przyjaciela już nie było. Lekarz powiedział: – proszę pani – zmiana planów – musimy wywołać poród (do dziś się zastanawiam, dlaczego zalecili poród naturalny a nie cesarkę?) – w tej chwili będziemy ratować panią – a nie pani dziecko.

Nie możecie sobie tego wyobrazić… Ja już wiem co to znaczy, że całe życie staje Ci przed oczami. Jak sobie przypominam,  to co wtedy przezywałam, mam oczy pełne łez.

Pamiętam, że zastanawiałam się dlaczego nikt nie daje mi wyboru. Dlaczego nie walczą o dziecko - a o mnie. A z drugiej strony jak ja bardzo chciałam żyć. Przecież miałam tyle do zrobienia i tylko 28lat!  Pamiętam te szepty – gdzieś w oddali – że coś nie działa (antybiotyk). To było zakażenie ogólne (dziś nie mam potwierdzenia w dokumentach – bo zniknęły). Modliłam się, płakałam, żaliłam się na cały świat i na Boga. I myślałam o tym, że nawet się nie mogę pożegnać z bliskimi. Błagałam, żeby ktoś im przekazał to co tu się dzieje. Jak ja się bałam. Jaki to był strach… I byłam z tym wszystkim sama.

I te skurcze, które wywołali – to było nic strasznego w tym wszystkim. Bolało tylko jak sprawdzała położna jaki jest postęp w rozwarciu. Niewyobrażalny ból.  Tak jakby ktoś wtykał Ci palec w świeżą ranę.

Lekarz przyszedł: – 5 cm – to rodzimy (zrobił się wieczór). Ja byłam pewna, że przy 10 cm dzieci się rodzą… ale szok jaki przeżywałam nie pozwalał mi na wydobycie jednego słowa protestu.

Od tego momentu wszystko się szybko potoczyło. Ale niestety pamiętam tylko to, ze położna mnie opieprzała ostro, za to, ze nie prę. I tą drugą - o wybawczyni! - która przyszła przypadkiem i powiedziała, żebym wyobraziła sobie, że robię kupę – to była rewelacyjna podpowiedź  :).
 I pamiętam tą masę ludzi się gapiących (stażyści). I to miauczenie dziecka i radosne: Pani dziecko – syn - żyje – daliśmy 7 pkt Apgar.  Pani syn waży 950 g i ma 36 cm długości.
A ja na to :- On ma na imię – M. Nie mogłam słuchać, że mówią o nim syn i dziecko. To dziecko juz miało imię!

Nawet mi go nie pokazali.

Tylko powiedzieli, że niestety nie urodzę łożyska – trzeba operować. Narkoza – i kolorowy sen - kalejdoskop.

Obudziłam się – było mi bardzo zimno. Myślałam, że jestem w  kostnicy. Naprawdę taka myśl przyszła mi do głowy – było tak strasznie zimno! Środa rano.
Nikt się mną nie interesował. Może po godzinie zawieziono mnie na salę – pełną kobiet z dziećmi przy swoich łóżkach. Ja byłam sama. Udawałam, że śpię. Kobiety komentowały to, że jestem bez dziecka. Kiedy nabrałam siły zaczęłam pytać. Jakaś zmowa milczenia. Niech się pani nie martwi – wszystko jest dobrze. Gdzie jest moja rodzina? Moja rodzina dowiedziała się o tym,  że urodziłam od mojego przyjaciela po południu w środę. On sam dowiedział się z kolei od swojego kumpla. Sam nie był tej nocy na dyżurze.

Pamiętam, jak dziadkowie i tata M. przyjechali. Stali tak obok mnie prawie bez słowa, z łzami w oczach, nie wiedząc co robić. I pamiętam, że mój tata gładził mnie po głowie. A ja tak bardzo chciałam, żeby ktoś mnie objął i przytulił.

Pozwolili im zobaczyć z daleka M., który był w inkubatorze. Później dowiedziałam się, że w tym czasie stan się jego pogorszył. Przestał samodzielnie oddychać i sytuacja była krytyczna. Był taki delikatny, że podczas intubacji dostał wylewu. Był tak jeszcze "nie do końca wykształcony", że jego oczy miały jeszcze sklejone powieki. Był taki jeszcze nieprzygotowany - że pęcherzyki płucne podczas oddychania mu sie sklejały.

Wszyscy mówili mi oczywiście, że sytuacja jest pod kontrola. Ja wszystkich błagałam, żeby mi pokazali moje dziecko. Słyszałam tylko, że jestem zbyt słaba. Później również dowiedziałam się, że to takie zapobiegawcze działanie – żebym się nie przyzwyczaiła – bo mogę swoje dziecko zaraz stracić i obawiali się mojej reakcji. A ja byłam pewna, że moje dziecko nie żyje. Nie mogłam znieść tych kobiet obok i ich szczebiotania i płaczu ich dzieci.

Dopiero po jakimś czasie przyszła pielęgniarka i kazała mi ściągać pokarm. Oczywiście opieprzajac mnie, że nie potrafię tego robić – ale skąd miałam wiedzieć! Znów pozostawiona sama sobie. Ale wówczas zrozumiałam, że skoro ściągam pokarm, to znaczy, ze jednak dzieciak żyje. Upewniłam się pytając o to pielęgniarkę – ta z ukosa na mnie popatrzyła mówiąc bez ogródek:

„Proszę pani, gdyby pani 2 dni wcześniej zaczęła rodzic – to uznano by ten przypadek za poronienie (gdybym się jeszcze załapała na 25 tydzień ciąży). A dla pani i dla syna – byłoby lepiej żeby nie przeżył”

Parę lat później usłyszałam taki sam tekst, wówczas gdy mój tata dostał wylewu.

W tym momencie urodziła się we mnie tygrysica.

[cdn]

Zobacz też: Godzenie się z przeszłością część 2.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz