niedziela, 11 września 2011

Chwilowa ucieczka od rzeczywistośc

Mam kilka koszmarów sennych, z którymi kojarzą mi się poszczególne dni...I kiedy w ich trakcie się budzę to już wiem co mnie czeka...
Każdy powiedziałby mi, to nastawienie, przestań, nie myśl.
Nie umiem, bo już wiem, że nie da się.

Takim snem jest sen o schodach. Śnią mi się w kilku konfiguracjach, w kilku miejscach, ale zawsze ten sam schemat.
Wielkie schody, po których ciężko się wdrapać, a w nich wielka wyrwa, którą trzeba pokonać.
Na każdym stopniu stoją ludzie i mnie obserwują... w milczeniu, bez wyrażania jakiejkolwiek troski.

Oczywiście można sobie ten sen tłumaczyć na wiele sposobów... lecz namacalna konsekwencją przebudzenia się w tym konkretnie śnie jest roztrzaskująca głowę na pół - migrena.

Najwyraźniej mam to po tacie, który przez całe życie miał podobnie.
Nic się nie da z tym zrobić - i tez nie o tym chciałam napisać.

Pisałam wielokrotnie, że stan mojego dzieciaka odbija się jak kalka od moich uczuć, zachowań, myśli...
A jednak jego stan mnie dziś mocno zszokował, bo w trakcie terapii widać same postępy, uśmiech, mniej agresji... samo szczęście. Jak jest dobrze – to nikt nie chce myśleć o jakiejkolwiek regresji. I...

Wstałam rano wytaczając się ledwo z łóżka. Z tym bólem głowy. Zgrywając silną. I udającą, że nic mi nie jest. Świergocząc dzieciakowi, że go kocham, że jest cudowny, że najlepszym dzieciakiem pod słońcem.
Zrobiłam śniadanie - ulubiony twarożek. Z cierpliwością wielką spędziłam czas na tłumaczeniu M. co to znaczy „ręce na krzyż” przy zdejmowaniu piżamy (nie możemy z terapeutami dojść do wniosku, dlaczego nie jest w stanie tego załapać).

Ponad pół godziny trwało „samodzielne” ubieranie się M. Mycie zębów i takie tam przeszło gładko. I nastąpiła ta chwila.
M. przy stole - ja rozmawiam przez telefon. Wystarczyło, że po zakończeniu rozmowy powiedziałam "cholera!" - żarcie na podłodze, walenie się głową w stół, wrzask.

Przyrzekam, że stoczenie walki z dzieckiem i z głową, która boli przy każdym poruszeniu się nie jest łatwym wyzwaniem.
I kiedy już udało mi się go zaciągnąć do wody, która jest jedynym ukojeniem w takiej sytuacji... sama poczułam się jakbym była w autystycznym świecie.

Po prostu odcięłam się od niego. Zdobywałam się na półsłówka. Żaliłam się sama nad sobą. Wszystko co działo się - wszystkie czynności codzienne wykonywałam automatycznie, kompletnie bezmyślnie.

M. sie uspokoił - ale jakby wszystko działo się obok. To nie ja mu czytałam bajkę, to nie ja się z nim bawiłam, to nie ja z nim ćwiczyłam sekwencje, to nie ja...?
I przed chwila, gdy jest mi już lepiej, uświadomiłam sobie, że to jest fajne, że jest mi tak dobrze, że ta pustka w tym moim zamknięciu sprawiła, że wszystko tak jakby było bezboleśnie. Jakby mnie z moim sercem i umysłem nie było.

Ale czy o to chodzi? Być i nie być jednocześnie?
Świadomość tego jak było dobrze przez chwilę jest niezwykle niebezpieczna – bo właściwie wyciągniecie ręki po jakieś uspakajacze nie jest trudne… Ułatwić sobie funkcjonowanie.

Już do Was wracam... :)
Tylko jeszcze położę się na chwilę, jak mój kot, zwinięta obok M. w kłębuszek i sto razy powtórzę sobie, że nie bez powodu to wszystko się dzieje...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz