czwartek, 8 grudnia 2011

Czas kolejnych decyzji - podsumowanie pół roku terapii

Kolejna pełnia się zbliża. Jak zwykle źle na to zjawisko reaguje. Za dużo myśli nieuczesanych, nieprzespane noce.

To nie jest dobry czas do podsumowań, a jednak sama sobie ustaliłam -  dokładnie w te dni  - datę na przeanalizowanie współpracy z terapeutami.

Minęło bowiem 6 miesięcy tej specyficznej terapii M.  Po 6 miesiącach miałam podjąć decyzję co dalej. Przyjrzeć się, co się zmieniło – czy się zmieniło – czy obrałam dobry kierunek – czy nie pora podjąć decyzję, której nie dopuszczam nadal do swojej głowy – czyli oddać M. na 3 miesiące do ośrodka pod Krakowem.

Czy idziemy do przodu? Czy stoimy?  Stać w miejscu nie możemy.

Dałam sobie pół roku z kilku powodów:
  • metodyka - trochę mnie metodyka terapii przerażała – a jednocześnie nie do końca w nią wierzyłam – i traktowałam trochę terapeutów jak kolejnych „uzdrawiaczy”
  • kasa - bo za te wydane do tej pory x-dziesiąt pln M. miałby zagwarantowane codziennie super zajęcia indywidualne, opiekunki, zabawki i wiele, wiele przyjemności. Mnie też mniej głowa by bolała :) Nie lubię o tym pisać – lecz nie chce okłamywać innych rodziców – to nie jest ot taka refundowana przez NFZ terapia. Trzeba mieć extra kasę.
  • dezorganizacja dotychczasowego życia - choć dziś z perspektywy czasu uważam, że nie można mówić o jakimś życiu przed terapia - bo był to głównie stres. Sami wiecie, że przez pierwsze miesiące było mi trudno się poprzestawiać. Dziś weszły mi w krew te niezmienne codziennie czynności - choć chwilami rutyna mnie dobija. Daje się żyć. Jest spokój. Ale też już coraz więcej mam czasu dla siebie.  W terapii uczestniczy w tej chwili tylko parę osób: pani nauczycielka (z oporami), opiekunka (bo udaje mi się mieć więcej czasu dla siebie), moja i ja. Czyli prawie każdy, kto na co dzień może zostać sam na sam z M. Po woli rozszerzany zostaje krąg osób, które kontaktują się z M. Mogą mnie odwiedzać znajomi. Mogę zostawiać M. u mamy. Mogę z nim spotykać się z Rodziną.

A co dała ta połroczna terapia M.:

  • je samodzielnie
  • pije samodzielnie
  • myje zęby samodzielnie
  • potrafi się samodzielnie rozebrać i zdjąć buty
  • chodzi na godzinne spacery codziennie – ale nie potrzebuje wsparcia drugiej osoby przy chodzeniu – chce być samodzielny – pora na wprowadzenie laski
  • jest spokojniejszy (mniej ataków agresji)
  • coraz częściej w komunikacji z innymi kiwa głowa na tak i nie (choć za każdym razie trzeba zadawać pytanie – chcesz się bawić? Tak czy nie? – bo zapomina o tym „nie”)
  • potrafi dużo czasu spędzić na samodzielnej zabawie – manipuluje – sam probuje wykonywać czynności, które ktoś w zabawie mu pokazał
  • cierpliwiej słucha gdy ktoś mu czyta
  • spokojniej i dłużej jest w stanie przebywać w grupie rowniesników (ale również w towarzystwie swojego prawie 2 letniego ciotecznego brata)
  • coraz częściej całkowicie samodzielnie usypia
  • łatwiej przyswaja momenty, kiedy mama się urywa od obowiązków – toleruje lepiej zastępstwo w postaci opiekunki

A i nauczył się jeździć na tandemie :)))))))))

Mało czy dużo?

Co nas cały czas trapi (co mielismy w tym czasie wyeliminować):

  • nadal źle reaguje na płacz dzieci, rozmowy dzieci, szczekanie psa, nagłe dźwięki
  • nadal budzi się w nocy – kiedy nie czuje ręki opiekuna – nie ma szans na to, abym mogła się wyspać
  • nadal miewa ataki agresji – mniej – ale są wówczas bardzo intensywne i trudne do opanowania (w takiej sytuacji jego pani opiekunka w szkole złamała rekę – o swoich „tatuażach” nie wspomnę
  • zaczął bardzo intensywnie dociążać swoje stawy – potrafi  dociskając dłonie usnąć – jadąc samochodem też to robi…
  • trudno jest go namówić do samodzielnych prób ubierania się – często kończy się to awanturą
  • w sytuacjach kiedy plan szlag trafi – mam jest chora, chciałaby chwilę poleżeć dłużej, musi czymś się zająć  - jest jedna wielka awantura – może trwać nawet 2 dni…
  • nie toleruje rozmów moich przez tel.
  • brak mu cierpliwości – jeśli jest głodny, chce mu się pic  wszystko ma się pojawić nagle…
  • no i woda – musi być codziennie pluskanie się w wodzie – ale nie może to trwac krócej niż 2 godziny i uwaga woda musi cały czas lecieć….
  • nie chce się z załatwiac w innym miejscu niż własny dom lub domek na wsi
Tylko tyle?

A co mi dała terapia… choć muszę podkreślić, że sama terapia nie przyniosłaby takiego skutku – gdyby nie  Wielka Siła Wsparcia… która przyszła niespodzianie.

  • jestem spokojniejsza
  • jestem bardziej zorganizowana i uporządkowana
  • potrafię jasno wyartykułować w pracy – że mogę czegoś nie zrobić, spóźnić się z powodu M.
  • więcej czasu mam dla siebie (choć to zdecydowanie jeszcze za mało – szczególnie w kwestiach dbania o siebie – zdrowie - kondycja)
  • nie mam wyrzutów sumienia – kiedy wychodzę z domu/wyjeżdżam
  • powoli godzę się z przeszłością
  • generalnie życie mi się układa i porządkuje – nie przestaje mysleć, że M. jest najważniejszy – lecz zauważam, że jest tu miejsce też dla mojego szczęścia  
  • widzę jakie błędy popełniałam i staram się je eliminować
  • czuje wsparcie… nie czuje się sama z wszystkim…

Ale:

  • nadal we mnie tkwi olbrzymi strach o przyszłość M.
  • nadal boje się kolejnego dnia
  • nadal boję się telefonu ze szkoły/opiekunki/terapeuty
  • bardzo boję się, że może nagle cos złego się stać – i to budzące się szczęście szlag trafi…
  • nadal wściekam się i walczę ze sobą, że nie jest jeszcze normalnie w tej nienormalności
  • bardzo martwię się o pracę – dużo bardziej niż te poł roku temu….
  • nie jestem cierpliwa – a koszty wszelkich szybkich działań mogą być duże…
  • bardzo boję się regresu – a terapeuta mówi, że się bez tego nie obejdzie – 2 kroki w przód – 1 do tyłu…
Dysonans – i spokój i strach…

Obraz jasny – wszystko dzieje się wolno… lecz się dzieje…

Moje strachy jednak  fruwają w głowie…

Teoretycznie łatwa decyzja do podjęcia – w rzeczywistości jest trudno…
Bo może gdzieś coś lepiej dałoby się zrobić, bo może terapia szokowa dla M. byłaby lepsza
Czy podołam i finansowo i psychicznie?
Czy coś się zmieni przez kolejne 6 miesięcy – czy to już koniec możliwości
Czy warto go tak męczyć?

Dam radę! Damy radę! Idziemy tą droga dalej!

Ale mnie dalej najbardziej niepokoi – przyszłość M.
Ja wiem, że nie mam czasu. Muszę już nie tylko kombinować – ale wiedzieć i być pewną, że on - jak mnie juz nie będzie - da sobie radę i nie skończy w przytułku!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz