czwartek, 3 stycznia 2013

Zabawki autysty cz.2 - Zdiagnozowano autyzm

Kiedy M. stracił całkowicie wzrok i  został u niego zdiagnozowany autyzm można powiedzieć, że zdecydowanie zmieniło się nasze podejście do kwestii zabawek.

M. po pierwsze stracił całkowicie zainteresowanie światem zewnętrznym. Nie interesowało go nic. Jeśli pozostawiany był na chwilę sam – wówczas zamykał się w swoim świecie i kiwał na boki albo stukał rękami w głowę albo wykonywał inne dziwne ruchy (wykorzystując do tego swoje ciało) albo uderzał się dowolnym przedmiotem znajdującym się pod ręką np. w brodę.

Po drugie Synapsis zorganizował nam dzień w taki sposób, że w ciągu dnia musieliśmy wykonywać tzw. sekwencje – czyli zbiór kilkunastu ćwiczeń – które trzeba było wykonywać w określonej kolejności i w określonym czasie,  kilkakrotnie w ciągu dnia. Jedna sekwencja trwała koło 30 minut.
W związku z tym można sobie wyobrazić, że tak naprawdę poza normalnymi zajęciami i tymi ćwiczeniami M. nie miał czasu wolnego.

Można powiedzieć, że rehabilitowaliśmy M. poprzez pewnego rodzaju zabawę i bawiliśmy – rehabilitując.

Te przedmioty wykorzystywane do sekwencji (i zabawy) to były m.in.

  • butelki z ciepła i zimną wodą (dotykaliśmy naprzemiennie odpowiednie miejsca na ciele M.),
  • szczoteczki -  z różnym włosiem - ryżowe, włosie prawdziwe, szczoteczki do mycia rąk chirurgów (do masażu ciała, buzi, głowy)
  • materiały o różnych fakturach – piórka, wata, wełna, papier do szlifowania, falowane tekturki, bibułki, krepina, flausz, pajączki, gąbki (do masażu ciała, buzi, głowy)
  • różnego rodzaju piłeczki rehabilitacyjne z różnymi wypustkami (do masażu ciała, buzi, głowy),
  • kołdry z obciążeniem (zawijaliśmy go w naleśnika w te ciężkie kołdry)
  • walce (masowaliśmy M - jak ciasto wałkiem na stolnicy od stóp do głów)
  • basen kulkowy (masaż)
  • masażery elektryczne (drgające i palczaste) – do intensywnego masażu twarzy i samej głowy
  • mata z masażem i ogrzewaniem – do intensywnego masażu ciała 
  • masażer wodny (w wannie) i na same stopy
  • ciężarki o różnej masie – do tego aby podnosił różne ciężarki i poczuł swoje ręce, często np. jadł z obciążeniem na rękach czy chodził z obciążeniem na nogach)
  • duże piłki rehabilitacyjne ( kładliśmy M. na brzuchu i toczyliśmy do przodu – aby wyrobić w nim odruch obrony przed upadkiem),
  • duże płyty z różnymi fakturami, z których układało się ścieżkę (żeby stopy wyczuwały rożne faktury)
  • dotykowe krążki
  • kostki zapadające się
  • szczoteczki do zębów – z różną miękkością włosia - w tym szczoteczki elektryczne (do masowania okolic ust i wnętrza buzi)
  • gryzaczki dla niemowląt – zanurzane w gorącej wodzie ale i zamrażane w lodówce (do masowania okolic ust i wnętrza buzi)
  • przyprawy – w tym na początku po prostu sól, cukier i kwasek cytrynowy
  • pojemniczki z różnymi zapachami (wkładałam do nich np. czosnek, mandarynkę ale i krople swoich stale używanych perfum itp - dziś można już kupić nasączone zapachami pojemniczki z watką)
  • kisiel – a później już mąka ziemniaczana – do kąpieli całego ciała lub tylko dłoni i stóp w śliskiej masie
  • dzwonki, dzwoneczki, fujarki, cymbałki, bębenki, deszczowe kije i wiele innych instrumentów – ale również takich jak zwykłe garnki, talerze :)
  • nagrania dźwięków z „ulicy” – pies, kot, samochód, tramwaj, dzieci itp
  • miski z różnymi materiałami sypkimi – mąka, kasza, piasek – masaż dłoni i stóp
  • huśtawki, bujaki, talerze równoważne, worki wiszące (Ikea)

I wiele, wiele innych.

A wszystko to po to, aby dziecko poczuło swoje ciało…
Aby jego okolice ust przestały być bardzo wrażliwe…
Aby zaczał rozpoznawać smak i zapach…
Aby np. akceptował roznego rodzaju materiały – których wcześniej nie tolerowal – np. szorstkich tkanin na swoim ciele czy np. nie chciał dotknąć nic co miało konstytencje masła, jajka.
Aby rozpoznawał ciepło – zimno (i z tym mamy do tej pory problem!)
Aby przestał być tak wrażliwy na różnego rodzaju dźwięki
Żeby dawać mu doznania, których potrzebuje – ale nie dopuszczać, żeby on sobie ich sam dostarczał – tylko mu za niego je dostarczać - tj bujanie, stukanie w dłonie, stopy, głowę.. I wtedy kiedy nie on chce - tylko kiedy rodzic zdecyduje.

Dodatkowo trzeba pamiętać, że M. wtedy posługując się dłońmi odczuwał tak (i jeszcze chyba tak odczuwa), jakby pracował w rękawiczkach narciarskich. Nie potrafił nawet odpowiednio chwytać przedmiotów. Miało to ogromne znaczenie – bo nie mogliśmy np. oczekiwać od niego samodzielnego jedzenia, kiedy poza tym, że nie tolerował np. dotykania struktury chleba czy masła to uchwycenia np. kanapki, łyżki – bo on jej po prostu nie czuł.

Polecam Wam spróbowanie zjedzenia zupy z założonymi rękawicami narciarskimi.

Z tego powodu bardzo dużo ćwiczyliśmy uchwyt i łapanie dwoma paluszkami. Wykorzystywaliśmy do tego np. zwykłe klamerki do prania – M. miał za zadanie zakładać na krawędź miski tych klamerek i je zdejmować. Korzystaliśmy również z wszystkiego rodzaju przedmiotów z różnymi zakrętkami – butelki, słoiki, pojemniki po kawie.  Ulubioną zabawka była dla M.mozaika - bo sobie świetnie radził z wkładaniem i wyjmowaniem gwoździków do kratki mozaiki (chodziło o fakt włożenia i wyjęcia a nie układ!)  

W późniejszym etapie zabawek z różnymi otworami (dużymi) do wrzucania klocków o podstawowych kształtach czy dużych guzików do nawlekania czy spinaczy biurowych (tworzenie łańcuchów) i koralików z dużymi otworami do nawlekania,(wówczas na rynku nie było takich zabawek).

Później jeszcze wprowadziliśmy zabawy w dobieranie w pary – zaczynając od dużych przedmiotów  (dwie łyzki  i dwa mydła), przedmiotach wydających takie same dźwięki (np. dwa pudełeczka z piaskiem i dwa pudełeczka z grochem), kostkach obciążeniowych, skończywszy na dobieraniu klocków wyklejonych rożnymi fakturami. M. niestety do dziś ma problem z dobieraniem.  Bez końca to ćwiczymy.

W tamtym okresie najwięcej produktów do pomocy można było  nabyć na sklep.nowaszkola.com.pl Niestety dość drogie przedmioty. No ale nie wszystko udało się zastąpić produktami robionymi własnoręcznie przez siebie. 

Sekwencje były zmieniane co jakiś czas, więc trzeba było kupować nowe przedmioty czy tworzyć swoje. Dziś w kwestii samej rehabilitacji i tych produktów - można znaleźć w polskiej sieci większy i tańszy wybór.

Powiem szczerze, że chyba to był dla mnie najwygodniejszy czas – bo nie musiałam za dużo się nakombinować, żeby znaleźć coś fajnego dla M.  Propozycję na tacy podawał Synapsis. A cała rodzina w zakup się angażowała.

A jeszcze jeden bardzo ważny element. Kółko do chodzenia – czyli hola – hop.
Nauczyliśmy chodzenia M. właśnie przy pomocy dużego hola – hop. Trzymał kółko w dłoni – i szurał nim po ziemi.
Czuł się bezpiecznie bo wyczuwał każdą powierzchnię, każdą dziurę. Kółko go podtrzymywało. Ale także chroniło po bokach. Wytyczało jego przestrzeń.

(CDN)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz