poniedziałek, 30 grudnia 2013

Jutro Sylwester!



PRZYPOMINAM jak co roku! 

Żyją wśród nas nie tylko zwierzaki - ale ludzie - niewidomi, autyści i inni niepełnosprawni....

Dla nich nagłe wystrzały są kompletnie niezrozumiałe - jak i dla zwierzaków.

Dla mnie Sylwester i Nowy Rok to dwa dni, kiedy trzymam dziecko w łazience albo trzymam non - stop w słuchawkach - inaczej wpada w zachowania autoagresywne - które są zagrożeniem dla jego życia.

Pół godziny szaleństw wytrzymalibyśmy. Sama lubię popatrzeć!

Jednocześnie przypomnę, że nasz kot Oskar - padł na zawał serca - rano - w dzień Sylwestra rok temu  - przez nagły atak petard.

POMYŚLCIE nim wystrzelicie!

wtorek, 17 grudnia 2013

Smutki, smutasy, smuteczki

Nie, nie zapomniałam o blogu. Wręcz przeciwnie - codziennie myślę aby tu napisać co się u M. dzieje.
Ale postanowiłam sobie w wakacje - że będę się starać głównie o pozytywach pisać. Po tych latach smutków i problemów z M. Niestety ta obietnica - spowodowała moje milczenie. Bo nie jest kolorowo.

Nie spodziewałam się wtedy tego, że znów przyjdzie taki dzień, kiedy będę mieć wszystkiego dość.

Mam obecnie wrażenie, że nastąpił regres, z którym ja osobiście nie umiem sobie poradzić. Wynika to głównie chyba z tego, że w dzieciaku szaleje burza hormonów. O ile to dobra diagnoza. A objawia się tym, że znów M. nie sypia.

Owszem - da się go uśpić po wielkich cierpieniach - dając mu melatoninę i melisal forte na uspokojenie. Jednak znów nie można go zostawić samego w łóżku - bo wyłazi - tak więc wróciłam do usypiania go - przy nim leżąc. Ale to nie wszystko - bo musi na nim leżeć moje ramię. Dzieciak tak płytko śpi, że gdy nawet pójdę do WC, wówczas natychmiast siada i wali głową albo w kaloryfer albo w ścianę albo w podłogę.

Inaczej mówiąc - stałam się niewolnicą własnego dziecka. Chodzę niewyspana. Bo nawet jak przysnę - to zaraz dzieciak mnie wybija ze snu. W jednej pozycji cały czas. Obolała.

Wracając na chwilę do diagnozy - to ja sobie to łączę z sytuacja, którą mieliśmy prawie przez miesiąc chyba - i miesiąc temu. Otóż zachorował jeden z naszych kotów. Karmiłam go sama. Jeździłam codziennie do weterynarza. To była walka. Ale tez jakaś zmiana w życiu M. Działo się coś innego niż zwykle. Mało tego kot przestał z nim usypiać w łóżku. No i niestety kot umarł. Powtórka z rozrywki - jak sprzed roku - tylko tu była szansa na uratowanie go. Oczywiście mam wyrzuty sumienia, bo oddanie go do kliniki - czyli kupa kasy - choć i tak popadłam w koszmarki finansowe (i martwię się w ogóle o święta i o życie) - uratowałoby go zapewne.

I pewnie tego co jest teraz tez nie byłoby - bo mam wrażenie, że to zamieszanie, zniknięcie kota, moje problemy - obok burzy hormonów są tego niespania i tez jakiegoś poczucia zagrożenia - bo mama ma być przy mnie -  mogą być powodem.

W ogóle nie wiem co by się stało - gdyby mnie nagle zabrakło... Ja w taki autoagresywny sposób reaguje. Myślę, że sam by tego nie przeżył.

Druga rzecz związana z M. to agresja na mnie. W sumie na nikim innym. I to nie jest przeze mnie kompletnie zrozumiałe - bo nie umiem tego odczytać. Nic się nie zmieniło w kwestiach dogadywania się - poprzez kiwanie głową. Ale nie umiem zrozumieć o co w danych chwilach chodzi. Bo ani nie jest zagrożony, ani nigdzie go nie ciagnę, ani wg mnie kompletnie nie działam wbrew niemu.

A atak przychodzi - np. w czasie jedzenia - czasami w czasie spania (leżenia) w odpowiedniej pozycji, spaceru, i zwykłych innych standardowych zachowań. Ale wycofanie się nawet z danej czynności nie zapobiega jego agresji. Ja nawet czuję, sekundę wcześniej, że idzie atak, ale nie jestem w stanie temu zaradzić.

Jestem posiniaczona. Jestem podrapana. jestem wyszczypana. Ale to co najgorsze - to gryzienie - uszkadzające tak ciało, że mam blizny. Ale nie o blizny mi chodzi - bo mam to gdzieś - ból przy tym jest nie do wytrzymania.

A chłopak robi się coraz większy - już 164 cm wzrostu. A ja sobie nie radzę.

Nie chce nikogo straszyć. Żadnych rodziców. Ale chciałam powiedzieć przede wszystkim to, że jak jest lepiej, to nie musi oznaczać, że lepiej będzie niezmiennie. To jest właśnie autyzm.
I nikt nie wie co go naprawdę jeszcze czeka.

O sytuacji i w Fundacji i generalnie o tym co się dzieje, postaram się napisać jeszcze przed świętami.